Geoturystyka

Afryka Nowaka

Tien-szan Śladami śnieżnej pantery, 2001 Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Pawł Kudłacz   
15.07.2004.

 Image  Kontynent: Azja,  Kraj: Kirgistan,  Region: Góry Tien-Szan       

 

 

 

 

 

 Krótkie sprawozdanie z wyprawy

Kalendarium wyprawy

Pełna relacja

Krótkie sprawozdanie z wyjazdu "SPELEOKLUBU" Bielsko-Biała

Czas trwania - 04.VIII - 06.IX

Rejon działania - Tien-Szan Centralny, Grzbiet Terskij-Ałatau, doliny Dżety-Oguz, Karakol, Ala-Arszan.

Skład - Robert Skoczylas (SBB, ATH), Paweł Kudłacz (SBB, AKPG, TKKF, AGH), Grzegorz Dubin (KKMG, UJ).


  • W dniach 04.08 - 13.08 przejechaliśmy pociągiem z Bielska do Ałma-Aty, przez Moskwę i Nowosybirsk. Z powodu braku wizy kazachstanskiej i groźby deportacji musieliśmy zmienić plany; zamiast do doliny Bajankol w Kazachstanie jedziemy do Kirgistanu.
  • Wybieramy rejon Terskiego Ałatau na pd. Od miasta Karakol (dawny Przewalsk).
  • W dniach 14.08 - 25.08 przechodzimy 3 doliny : Dżety-Oguz, Karakol, Ala-Arszan.
  • Pokonujemy 2 przełęcze : Dżety-Oguz (ok. 4100m, 2B), Arszan(ok. 3700, 1A).
  • R. Skoczylas i P. Kudłacz wychodzą na bezimienny szczyt 4000 m (miejscami II).
  • Podejmujemy próbę wyjścia na najwyższy szczyt pasma - Karakol (5281 m, 4B), Jednak nieudaną z powodu niedyspozycji G. Dubina. R. Skoczylas i P.Kudłacz przechodzą grań wyprowadzającą na tzw. "Plecy Karakola"(4600 m, miejscami IV).
  • W czasie powrotu zwiedzono poza tym : jezioro Alla-Kol, gorące wanny Ala-Arszan, jezioro Issyk-Kul, średniowieczną wieżę Burana, miasto Biszkek.
  • Po prawie tygodniowym załatwianiu wiz i biletów w Biszkeku, wróciliśmy pociągiem przez Moskwę do Polski w dniu 06.09.
Kalendarium wyprawy Tien-Szań 2001

Kronika
  • 04.08 - wyjazd z Bielska-Białej w godzinach wieczornych.
  • 05.08 - przyjazd do Terespola, przekroczenie granicy Polsko-Białoruskiej i wyjazd z Brześcia do Moskwy.
  • 06.08 - przyjazd do Moskwy. Zakwaterowanie w akademikach MFTI.
  • 07.08 - zwiedzanie Moskwy.
  • 08.08 - wyjazd z Moskwy pociągiem "Jenisjiej" do Nowosibirska.
  • 09.08 - w pociągu.
  • 10.08 - przyjazd do Nowosibirska. Przejazd pociągiem do Barnaula.
  • 11.08 - przejazd z Barnaula do kazachstańskiej stacji Lokot`c (bez kontroli granicznej) z przesiadką na stacji Ozimaja. Wieczorem wyjazd pociągiem pocztowo-bagażowym do Ałma-Aty.
  • 12.08 - w pociągu (dwie kontrole milicyjne!).
  • 13.08 - przyjazd do Ałma-Aty. Nieudana próba zarejestrowania się (brak nam wizy kazachskiej) powoduje zmianę planów zamiast w rejon Bajankol w Kazachstanie jedziemy do Biszkeku w Kirgistanie (płacąc na granicy sporą łapówkę) i dalej autobusem do Karakolu (dawny Przewalsk).
  • 14.08 - Przyjazd do Karakola. Zbieramy informacje o rejonie, zostawiamy depozyt na "awtowagzale" i jedziemy taksówką do doliny Dżety-Oguz. Nocleg w namiocie.
  • 15.08 - przechodzimy w górę doliny (deszcz cały dzień).
  • 16.08 - "kibel" w lesie (pada cały dzień). Spotykamy miejscowych myśliwych i litewskich turystów od których dostajemy mapę.
  • 17.08 - poprawa pogody. Podchodzimy na morenę lodowca Ailanysz.
  • 18.08 - wyjście aklimatyzacyjne na bezimienny szczyt 4000 m. Grzegorz do ok. 100 m przed wierzchołkiem, natomiast Robert i Paweł na szczyt ( miejscami II).
  • 19.08 - podchodzimy przez lodowiec Dżety-Oguz na przełęcz o tej samej nazwie (ok. 4000 m). Wieczorem i w nocy burza.
  • 20.08 - wyjście na płn. grań dochodzącą do tzw. "pleców" Karakola (5281m) z zamiarem wyjścia na niego (droga 4B). Złe samopoczucie Grzegorza zmusza nas do rezygnacji z planów. Paweł oraz Robert przechodzą grań (miejscami IV) do "pleców"(ok. 4600m).
  • 21.08 - powrót na przełęcz oraz zjazdy bardo kruchym terenem (przeł.2B) na wsch., na lodowiec Ontor . Zejście przed czoło lodowca w dolinie Karakol.
  • 22.08 - przejście do bocznej doliny rzeki Kurgaktor pod jeziorem Alla-Kol (w czasie dnia kilka burz).
  • 23.08 - odpoczynek w chacie pod jeziorem. Po południu wyjście i nocleg nad jeziorem Alla-Kol.
  • 24.08 - przejście do doliny Ala-Arszan przez przełęcz ok. 3700 m (od południa burze). Wieczorem dochodzimy do "ciepłych wanien", nocleg w zabudowaniach.
  • 25.08 - zjazd UAZ-em z grzybiarzami do wioski Arszan i dalej do Karakolu. Zwiedzanie Karakolu, a wieczorem wyjazd autobusem nad jezioro Issyk-Kul.
  • 26.08 - "zapoznanie się" z Issyk-Kulem w miejscowości Toru-Ajgir i przejazd do Rybacze a następnie pociągiem do Tokmaku i wioski Burana. Nocleg w skansenie archeologicznym "Basznia Burana"
  • 27.08 - zwiedzanie Burany. Przejazd do Biszkeku i poszukiwanie noclegu. Nocleg w "burdelu" - hotelu cyrkowym.
  • 28.08 - załatwiania (wiza, bilety). Wieczorem przenosimy się do internatu przy szkole dla dzieci głuchoniemych (nocuje już tam grupa ze Szczecina).
  • 29.08 - nieudana próba załatwienia kazachskiej wizy tranzytowej (nieczynna ambasada).
    Załatwiamy za to "sprawkę" (poświadczenie tożsamości) od naczelnika milicji "wagzała". Zwiedzamy Biszkek.
  • 30.08 - załatwiamy wizy i bilety na pociąg do Moskwy (u "koników" za złodziejską dopłatą). Wieczorem uroczystości 10-lecia Niepodległości Kirgistanu (przemowa prezydenta, pokazy itp.).
  • 31.08 - zwiedzamy Biszkek (dalsze uroczystości, Muzeum Lenina) z grupą z Wałbrzycha.
  • 01.09 - wyjazd z Biszkeku pociągiem do Moskwy.
  • 02.09 - w pociągu (Kazachstan).
  • 03.09 - w pociągu (Rosja).
  • 04.09 - przyjazd do Moskwy, wyjazd do Brześcia.
  • 05.09 - przyjazd do Brześcia, przekroczenie granicy Polsko-Białoruskiej i przejazd do Warszawy.
  • 06.04 - powrót do Bielska (Robert i Paweł) oraz Krakowa (Grzegorz).

Relacja

Image
fot. G. Dubin
Pierwotnym celem wyjazdu była dolina Bajankol położona w kazachstańskiej części Tien-Szania. Zbliżał się termin wyjazdu a chętnych ubywało. W końcu zostało nas trzech - Robert Skoczylas (SBB), Paweł Kudłacz (SBB) i krakowianin Grzegorz Dubin. Nie odstraszył nas nawet brak wizy kazachskiej (dostanie jej wymaga sporo czasu, pieniędzy i formalności). Znając tamtejsze zwyczaje ("kto smaruje ten jedzie"), liczymy na przysłowiowy łut szczęścia. Mamy jednak "plan zapasowy"- będziemy jechać przez Nowosybirsk i jeżeli nie uda nam się dostać do Kazachstanu, pojedziemy w położony o "rzut kamieniem"(czyli ponad pół tysiąca kilometrów) Ałtaj.

   Wyruszyliśmy 4.VIII i po parodniowej podróży pociągiem via Brześć i Moskwa docieramy do Nowosybirska. W drodze do granicy kazachskiej spotykamy uzbeckie handlarki, które doskonale dają sobie radę z problemem taki jak nasz czyli brakiem kazachskiej wizy. Z ich pomocą po dniu spędzonym na przejazdach lokalnymi pociągami docieramy bez żadnej kontroli do pierwszej stacji Kolei Kazachskiej - Lokot'c. Pozostało już tylko półtora dnia podróży przez malownicze stepy do Ałma-Aty, położonej u podnóża gór Tien-Szań. Przejazd pociągiem pocztowo-bagażowym obfitował w nowe doznania natury kulinarnej, które będą nam towarzyszyć do końca wyjazdu, oraz w kontrole milicyjne dowierzające naszym zapewnieniom że "wiza jest" i w ogóle "wsio prawilno".
Image
fot. G. Dubin
Rekord naiwności pobił młody i miły
"milicjoner" Saryk, którego marzeniem było znalezienie swojego imienia w książce, którą jakoby napiszemy po powrocie - mamy nadzieję że nie straci pracy za ten artykuł. Problemy zaczęły się dopiero w Ałma-Acie, nasza próba "rejestracji" w biurze paszportowym skończyła się niepowodzeniem. Poganiani groźbą deportacji decydujemy się jechać do odległego tylko o 250 kilometrów Biszkeku - stolicy Kirgistanu, wiedząc ze nie potrzebujemy tam wiz. Ostatnią nieprzyjemnością był wyjazd z Kazachstanu, za który zmuszeni jesteśmy zapłacić spore myto. Kirgizja wita nas transparentami głoszącymi "Rok Turystyki" co wcale nie ułatwia nam znalezienia jakiejkolwiek mapy i informacji według której mogli byśmy wybrać rejon, w który warto jechać. A wybierać jest w czym - prawie cały Kirgistan to góry, z kolosami takimi jak siedmiotysięczne: Pik Lenina, Pik Pabiedy czy Chan-Tengri. W końcu decydujemy się "w ciemno" na mało znane pasmo Terskiego Ała-Too, w okolicach miasta Karakol (dawny Przewalsk) 

Image
fot. G. Dubin
  Karakol wita nas deszczem, dopisuje nam jednak szczęście. Spotkani przez nas rosyjscy alpiniści dzielą się z nami informacjami o rejonie pięciotysięczników pasma Terskiego a już w górach dostaniemy od litewskich turystów dokładną mapę . Po złożeniu sporego depozytu (cały czas taszczyliśmy ze sobą ponad 50-cio kilogramowy "bałun" czyli wór z jedzeniem) w przechowalni bagażu na "awtowagzale", wyruszamy w góry. Malutkim "moskwiczem" wjeżdżamy do malowniczej doliny Dżety-Oguz poprzedzonej fantazyjnie ukształtowanymi masywami z czerwonego piaskowca. Następne trzy dni maszerujemy wśród jurt, olbrzymich tień-szańskich świerków i deszczu w górę doliny degustując w międzyczasie wszystkie możliwe gatunki tamtejszych grzybów, by w końcu rozbić namiot pod zapierająca dech w piersiach dwukilometrowej wysokości ścianą pięciotysięczników Oguz-Baszi. Słoneczna pogodę i bujne łąki wykorzystuje Robert uganiając się z siatką za motylami i innymi "okazami" których nie brak nawet na tej wysokości. Biwakujemy już na 3200 m, więc dla aklimatyzacji wychodzimy następnego dnia "na lekko" na bezimienny skalisty czterotysięcznik wyrastający nad moreną lodowca Aylanysz. Kolejny dzień spędzamy na podejściu na ponad czterotysięczną przełęcz Dżety-Oguz. Tropikalne upały i marsz w rozmiękłym śniegu po uszczelinionym lodowcu wsysają z nas wszystkie siły. Nagrodą jest wygodna i osłonięta platforma pod namiot prawie nad sama zerwą przełęczy w stronę lodowca Ontor. Wieczorna próba ugotowania kolacji kończy się wyrzuceniem maszynki i menażki z namiotu przez wystraszonych odgłosami nadchodzącej burzy Roberta i Grześka. Nawałnica trwa większą część nocy, jednak rano pogoda znowu jest świetna (co oznacza -15o) więc decydujemy się wyruszyć w stronę najwyższego szczytu całego pasma - Karakol ( 5281 m n.p.m.). Twardy poranny śnieg ułatwia marsz, przez poznaczony lawiną i olbrzymimi szczelinami stok wychodzimy na eksponowaną ok. kilometrową grań doprowadzającą do "pleców" Karakola. To jednak za dużo na turystyczne ambicje Grześka. W jeden dzień stąd szczytu nie zdobędziemy, a rozdzielenie sprzetu i nocleg bez namiotu i maszynki nie wchodzi w rachubę. Zostajemy więc na biwak na początku grani. Ja i Robert chcemy przejść chociaż do "pleców". Piękna "czwórkowa" grań prowadzi przez kilka "żandarmów"
Image
fot. G. Dubin
i olbrzymie nawisy na wysokości ok. 4500 m. Przez pierwszą, łatwiejszą część grani wraz z nami podążają ślady śnieżnej pantery - Irbisa, które niespodziewanie skończyły się na jednym ze skalistych "żandarmów"
opadającym pionowymi zerwami na obie strony grani. Kolejny ranek przywitał nas kapitalnym wschodem słońca z widokami na całą północną część pasma Terskiego z przepiękną piramidą Dżygita (5170 m n.p.m.) oraz jezioro Issyk-Kul i góry Kazachstanu na horyzoncie. Schodzimy z powrotem na przełęcz i zbieramy pozostawione tam dla "odlekczenia" rzeczy. Przed nami kilkaset metrów zjazdów z przełęczy na lodowiec Ontor. Zasłyszane przez nas informacje - "krucho i może się wam trochę sypać na głowy" okazują się nie w pełni oddawać grozę sytuacji. Wśród świszczących niczym pociski "kamyków" zjeżdżamy na stromy lód żłobiony sporymi rynnami. Jeszcze parę zjazdów, stromy stok z powmarzanymi kamieniami i możemy "pocałować" płaską część lodowca wśród olbrzymich głazów do niedawna zdobiących okoliczne ściany. Przeskakując, a co większe, szczeliny obchodząc, przechodzimy parę kilometrów po kamienistym lodowcu, zbaczamy na boczną morenę i nią schodzimy przed czoło lodowca w dolinie Karakol. Następnego dnia wychodzimy dopiero po południu i kierujemy się w dół doliny, naszym celem jest boczna dolina z położonym na wysokości 3600 metrów jeziorem Alla-kol. Wieczorem dochodzimy do malowniczego lazurowego jeziorka. Rano okazuje się, że w lasku obok znajduje się przytulna bacówka. Po sporym posiłku z miejscowych opieńków wyruszamy w górę nad polecane nam wcześniej, jezioro Alla-kol. Jezioro okazało się być "niewypałem" - sporo brakuje mu z malowniczości jeziorka poniżej. Krajobraz jest surowy, a poza tym jest tam piekielnie zimno. Pocieszamy się, że już jutro zejdziemy do gorących źródeł w dolinie Altyn-Arszan. Ponaglani myślą o gorącej kąpieli i psującą się pogodą przechodzimy przez prawie cztero tysięczną przełęcz i schodzimy do doliny "gariaczych istoczników". Nie zważając na temperaturę 42o i pokrzykiwania "kierowniczki" że "nie lzia", i że to "płocha", moczymy się w wannach zamiast zalecanych 15 minut prawie dwie godziny. Posiłek z wymarzonych ziemniaków i nocleg w wygodnych łóżkach dopełniają w nas uczucia błogiej rozkoszy. Następny słoneczny dzień wykorzystujemy z Robertem na uzupełnienie i uporządkowanie zbioru mszaków dla bielskiej ATH (przez cały wyjazd zebraliśmy ok. 50 próbek). Po południu zjeżdżamy w dół doliny z miejscowymi grzybiarzami. Kierowca UAZa którym jedziemy wyczynia cuda nad stumetrowym urwiskiem, na dnie którego straszą podwozia tych "katorym nie pawiezło". Wieczorem docieramy do Karakola i do "bałuna" z jedzeniem.

Image
fot. G. Dubin
Kolejnym celem jest jezioro Issyk-Kul (Ciepła Woda) - drugie najwyżej położone na świecie (po Titicaca). Miejscowość nad jeziorem, którą wybraliśmy "w ciemno", i do której dojeżdżamy w ciemno (o 3 nad ranem),okazuje się być sporą wiochą oddaloną o parę kilometrów od jeziora. Samo jezioro jest rzeczywiście ciepłe, ale pogoda nie sprzyja kąpieli, jedziemy więc dalej. Naszym następnym przystankiem jest rezerwat archeologiczny "Basznia Burana"- pozostałości po średniowiecznym, studwudziestotysięcznym mieście - jednym z centrów handlowych Jedwabnego Szlaku. Robert jest w swoim żywiole, grzebie za "skorupkami", przy okazji uganiając się za motylami z siatką. Siatka nie opuszcza Roberta (czy może Robert siatki), nawet w bujnie pozarastanym wszelakim "zielskiem" Biszkeku, naszym kolejnym przystanku na drodze do Polski.

Image
fot. G. Dubin
 Pobyt w Biszkeku przedłużył się nam do prawie tygodnia, wykorzystaliśmy go na załatwienie mnóstwa formalności związanych z tranzytową wizą kazachską i biletami kolejowymi do Moskwy. Przy okazji zwiedzamy miasto: największe pozostałe na świecie muzeum Lenina, "burdel" czyli Hotel Cyrkowy w którym mieliśmy nieprzyjemność spać jedną noc, bazary pełne azjatyckiego kolorytu (można się tam najeść nie wydając grosza, czy raczej soma, będąc co krok częstowanym przez straganiarzy) i wiele innych mniej lub bardziej ciekawych miejsc. Udało nam się również obejrzeć obchody 10-cio lecia Niepodległości Kirgistanu z paskudnie nudną przemową w dwóch językach prezydenta Akajewa. W końcu dostajemy wizy i bilety kupione za złodziejska cenę u "koników" ("niech im wielbłąd napluje w twarz !!!"). Po paru dniach jazdy przez kazachskie pustynie i rosyjskie pustkowia docieramy równo po miesiącu (4.IX) do Polski.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »