Geoturystyka

Afryka Nowaka

Tien-szan Niezapomniane wspomnienia Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Autor: Grzegorz Dubin   
01.07.2004.

GALERIA ZDJĘĆ

Image Kontynent: Azja,  Kraj: Kirgistan,  Region: Góry Tien-Szan

 

 

 

 

Image
fot. G. Dubin
Wyruszając na tą wyprawę nikt z nas nie przypuszczał, że przysporzy nam tylu nieoczekiwanych wrażeń, zawiedzie w tak odległe strony, i jednym słowem, że będzie prawdziwą podróżą w nieznane. Ułożyliśmy dokładny plan: pociągiem do Ałma-aty, lokalnym transportem w okolice doliny Bayankol, a potem już tylko mozolna wspinaczka, aklimatyzacja, kolejne obozy. Były mapy, plany podejść, zdjęcia. Całą drogę na szczyt Marmurowej Ściany przeszliśmy w myślach tak wiele razy, że stała się nam ona prawie znajomą górą. Mimo dokładnych przygotowań umknęła jednak naszej uwadze sprawa na tyle ważna, że ostatecznie miast w Kazachstanie znaleźliśmy się w Kirgizji i zdobywaliśmy szczyty nawet nie zawsze znane nam z nazwy, a odległe o setki kilometrów od planowanego miejsca podróży. Ale po kolei.

   Pierwszy etap upłyną nam bardzo przyjemnie. Po ośmiu dniach dotarliśmy z Katowic do Ałma-aty. Dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu Moskwy, mieliśmy też kilka przesiadek, więc podróż nie dała się bardzo we znaki pociągową nudą. Ostatnie dni uraczyły nas dodatkowo nie znanymi do tej pory stepowymi krajobrazami. Co najmniej połowę tego czasu przesiedzieliśmy więc wpatrzeni w ciągnące się aż do kreski horyzontu morza traw. Nasz zachwyt tym nowymi i wspaniałymi widokami dodatkowo skracał czas oczekiwania. Wieczorem ostatniego dnia w oddali ukazały się zarysy pierwszych gór.

   Nazajutrz byliśmy już w Ałma-Acie. Pierwsze kroki skierowaliśmy, celem obowiązkowej rejestracji, na posterunek milicji. Tam gdy już prawie byliśmy w od tak dawna oczekiwanych górach,. wśród stosów papierów wyszło na jaw nasze niedopatrzenie, które tutaj urosło do miana przestępstwa, w którym trwaliśmy już od dwóch dni pobytu w tym Kraju. Otóż rząd Kazachstanu, zrażony widać zachodzącymi w minionym stuleciu masowymi ruchami osiedleńczymi Polaków na tych terenach, postanowił od roku 2001 wprowadzić obowiązek wizowy, którego niestety my nie dopełniliśmy. W tej trudnej sytuacji grożącej przyspieszonym powrotem do kraju (czyt. deportacja) dopomogła nam wszechobecna w krajach byłego ZSSR korupcja. Tak, za w sumie niewielką opłatą, miast do Polski zostaliśmy odesłani do Biszkeku, stolicy Kirgizji, najbliższego kraju gdzie Polaków nie obowiązują wizy.

   Cała przeprawa nie była zbyt przyjemna, lecz dość szybko po niej ochłonęliśmy. Na pewno pomogła w tym, zakupiona jeszcze w Kazachstanie na specjalne okazje, butelka mocnego wina. Było przecież co świętować gdyż przez dłuższą chwilę zdawało się że po ziemi ojczystej będziemy stąpać na powrót znacznie szybciej niż przypuszczaliśmy.

Image
fot. G. Dubin
Choć Kirgizja przyjęła nas przyjaźnie to jednak wciąż nie byliśmy w górach. Poza tym nie wiedzieliśmy o tym kraju prawie nic, chyba tylko poza tym, że istnieje. Zaczęliśmy poszukiwać map, próby te jednak spełzły na niczym i szybko okazało się, że musimy wybrać jakieś miejsce jedynie na podstawie bardzo ogólnego planu gór Tien-Szan. Zagadnęliśmy też kilka osób lecz jako że Kirgizja to prawie same góry, dla miejscowych nie jest to coś co można uznać za atrakcję. Poza okolicami własnego domu nie znają ich prawie wogóle. Wyboru dokonaliśmy więc prawie na chybił-trafił i padł na okolice miasta Karakol nad jeziorem Issyk-kul, gdzie ciągnie się łańcuch górski o szczytach sięgających powyżej 5000 m npm sąsiadujący bezpośrednio z najwyższymi partiami Tien-Szan - mianowicie regionem Han-Tengri i piku Pobiedy. Jeszcze tylko nocna podróż autobusem do Karakol, parędziesiąt kilometrów wynajętym samochodem w stronę gór i pod wieczór następnego dnia, ku naszej wielkiej radości i uldze nareszcie znaleźliśmy się w górach. Dolina Dżety-Oguz powitała nas strugami deszczu. Przez trzy dni poruszaliśmy się jedynie w przerwach między kolejnymi nawałnicami. Nerwowość takiego pochodu rekompensowały jednak coraz to nowe widoki. Wyłaniające się z mgieł stada koni, jurty miejscowych koczowników, czy też sami mieszkańcy podążający gdzieś wierzchem z nieodłącznie przewieszonymi przez ramię strzelbami. Trzeciego dnia napotkaliśmy grupę Litewskich alpinistów. Była to pierwsza i zarazem przedostatnia napotkana w tych górach grupa turystów. Rozwiali oni nasze nadzieje że dotarcie do lodowca zamieni dający się nam wciąż we znaki deszcz w śnieg, gdyż właśnie przemoczone ubrania i śpiwory zmusiły ich do odwrotu spod przełęczy którą zamierzali zdobywać. Otrzymaliśmy od nich jednak bardzo cenny podarunek - dokładną mapę okolicy wraz z wycenami trudności dróg przez przełęcze i na ważniejsze szczyty.

 

Image
fot. G. Dubin
Zaopatrzeni w ten nabytek i bogatsi o wiele wskazówek przewodnika grupy Litewskiej zaplanowaliśmy dalszą trasę i wyruszyliśmy rankiem następnego dnia. Po żmudnej wspinaczce moreną i założeniu obozu na pięknej łące niedaleko czoła lodowca, wieczorem, po raz pierwszy od naszego przybycia, ustąpiły mgły i pokazało się słońce. Choć już wcześniej, z rzadka przez dziury we mgle spoglądały na nas wielkie ośnieżone szczyty to teraz przez wiele minut staliśmy jak zauroczeni, wpatrzeni w rozciągającą się przed nami panoramę. Po drugiej stronie wypełnionej jęzorem lodowca doliny wznosiła się ogromna biała, a właściwie czerwona w promieniach zachodzącego słońca, ściana Oguz-baszi, a na lewo, w oddali, nad zmierzwioną masą seraków i lodospadów górował Karakol - najwyższy szczyt tego łańcucha. Zachwyceni pięknem krajobrazu wypstrykaliśmy kilka rolek filmu i poszliśmy spać mocno podbudowani poprawą pogody.

Image
fot. G. Dubin
  Ranek powitał nas zapowiedzianym poprzedniego wieczoru słońcem. Ten dzień trzeba było jeszcze poświęcić na aklimatyzacyjne wyjście na "wielką kupę kamieni" - bezimienny skalny szczyt wznoszący się nieopodal obozu, chociaż wszyscy nie mogliśmy się już doczekać chłodnego dotyku lodowca. Wieczór znów przyniósł deszcz, na szczęście tylko przelotny. Kolejny dzień, wstajemy przed świtem i po krótkim marszu moreną docieramy do czoła lodowca. Szare skały nagle wyrastają w białą lodową ścianę. Zimno. Jemy śniadanie z ciepłą herbatą, przygotowujemy sprzęt i wreszcie możemy wbić czekany w niebieską powierzchnię lodu. Odpryski mienią się we wschodzącym słońcu tysiącami iskier. Idziemy coraz wyżej, lodowiec robi się płaski. Jest coraz cieplej i ruszają pierwsze strumienie. Dochodzimy do śniegu, zaczynają się szczeliny i trzeba się związać. Śnieg robi się coraz głębszy w miarę jak zbliżamy się do przełęczy, co w połączeniu z rosnącą wysokością zaczyna tworzyć barierę, pokonywanie której wysysa wszystkie siły. Idziemy po trzy, cztery kroki z przerwami na "sapanie", coraz to grzęznąc po pas w śniegu i niewielkich już tutaj szczelinach. Na szczęście przełęcz już blisko. Docieramy tam wczesnym popołudniem. Otwiera się przed nami widok na dolinę Karakol i na najpiękniejszy szczyt w tym rejonie, skalną piramidę Dżigita. Rozbijamy namiot na skalnej półce tuż nad przepaścią przełęczy. Wraz z zapadającym zmierzchem z północy nadciąga burza. Czeka nas najtrudniejsza noc tej wyprawy. Kilka godzin przy błyskach piorunów i ryku grzmotów ciągnie się jak wieki. Gdy wreszcie burza odchodzi dziękujemy Bogu, że wciąż żyjemy.  

Krótki sen nie daje wiele odpoczynku, musimy jednak ruszyć o świcie by bezpiecznie przejść pod nawisami ocieniającymi dalszą drogę. Trawersujemy wielkie lawinisko, coraz to spoglądając na wiszące w górze masy śniegu. Po kilku godzinach docieramy na szczyt. Stąd skalno-śnieżną granią wiedzie droga na Karakol. Dla nas to już jednak ostatni obóz. Dalsza wspinaczka okazuje się zbyt trudna. Decydujemy się zawrócić. Obozujemy przy początku grani podziwiając rozległą panoramę. Wszędzie jak okiem sięgnąć tylko góry. Jedynie w oddali majaczy jezioro Issyk-kul, na jego przeciwległym brzegu widać jednak kolejne białe czapy ośnieżonych szczytów.

Image
fot. G. Dubin
Ranek następnego dnia. Roztopiony śnieg, którym wieczorem przysypaliśmy fartuchy namiotu zamarzł na kość. Namiot ucierpiał trochę przy odkopywaniu ale trzeba się było spieszyć nim rozmarzną nawisy. Około południa byliśmy z powrotem na przełęczy. Do lodowca było stąd niby tylko kilka zjazdów ale sypiące się przy każdym kroku kamienie i wielka śniegowa czapa wisząca cały czas nad naszymi głowami przyprawiły nas o daleką od przyjemności dawkę adrenaliny. Potem już tylko w dół jęzora - prawdziwy odpoczynek po garści przeżyć na przełęczy. Kilkaset metrów poniżej czoła postawiliśmy obóz na płaskim, kamienistym dnie doliny nad zakolem rozlanej tutaj rzeki. Zamykający dolinę masyw Karakol mienił się w promieniach zachodzącego słońca całą tęczą barw.

Image
fot. G. Dubin
Poranna kąpiel w lodowatej wodzie w mgnieniu oka uleczyła nas z najmniejszych objawów zaspania. Schodzimy w dół doliny. Znika śnieg, pojawiają się drzewa, rzeka tworzy piękne kaskady. Około południa przychodzi krótka, ale jak zwykle gwałtowna burza. Przechodzimy rzekę i zaczynamy wspinać się ponownie w stronę jednego z nielicznych tutaj jezior polodowcowych. Szukamy wody i dopiero późnym wieczorem okazuje się, że zaznaczona na mapie rzeka wypływająca z jeziora kryje się pod rumowiskiem skalnym wyścielającym dno doliny. Obozujemy nad niewielkim turkusowym jeziorkiem w miejscu gdzie zwaliska kamienne pożerają pędzącą w dół rzekę. Noc przynosi kolejną ulewę, na szczęście ranek jest znów pogodny. Rzeka łamiąca się kilkoma wodospadami prowadzi nas teraz prosto nad jezioro Ała-Kiol. Nie przypomina ono w niczym naszych tatrzańskich stawów. Szara skalne ściany wyrastają wprost z mlecznoseledynowej wody. Nie ma żadnych roślin. Całość robi bardzo ponure wrażenie i nawet w pełnym świetle dnia przypomina scenerię z filmów grozy. Zainspirowani atmosferą zasypiamy przy opowieściach o wampirach i duchach.

 

Image
fot. G. Dubin
Kolejnego dnia idziemy wzdłuż jeziora. Drugi koniec jest znacznie ładniejszy niż miejsce do którego dotarliśmy na początku. Dolina otwiera się szeroko. W oddali sterczą ośnieżone szczyty. Lodowce płyną z nich białymi jęzorami ku zielonkawej tafli wody. Brzegi porasta trawa i nieliczne krzewy. Wdrapujemy się na przełęcz górującą nad jeziorem. Przed samym szczytem dopędza nas podążająca już od jakiegoś czasu w ślad za nami burza. Wśród gradu, błyskawic i huku grzmotów schodzimy do doliny Anaszan. Tym razem deszcz nie ustępuje jak zwykle szybko lecz z mniejszą siłą siąpi do samego wieczoru. Radością napawa nas myśl o kąpieli w gorących źródłach w dolinie. Mokrzy i zziębnięci docieramy tam pod wieczór. Z wielką przyjemnością zanurzamy się prędko w cieplutkiej wodzie. Kolejnym "luksusem" tego dnia, po wspaniałej kąpieli, są zakupione od miejscowych gotowane ziemniaki. Kto mógłby przypuścić, że ziemniaki z cebulą mogą tak łechtać podniebienie.

Image
fot. G. Dubin
Rano do "kurortu" przybywają turyści - grupa miejscowych grzybiarzy. Jak z pod ziemi wyrasta też para Japończyków wyrażająca swą fascynację tarzającymi się w błocie krowami nieustającym pstrykiem migawek. Po tym porannym zamieszaniu nie pojawia się już nikt nowy. Wczesnym popołudniem rodzina grzybiarzy użycza nam paki swojej ciężarówki odwożąc do najbliższej miejscowości. To już właściwie koniec wyprawy. Teraz pozostała już tylko droga do domu. Ze smutkiem patrzyliśmy na oddalające się góry.

  Spędziliśmy jeszcze kilka dni w Kirgizji na załatwianiu Kazachskiej wizy tranzytowej. Przestój ten był jednak bardzo owocny. Byliśmy na prawdziwym azjatyckim bazarze gdzie magia kolorów, zapachów, zgiełku i ruchu stanowi jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Trafiła się też parada w dawnym dobrym stylu - Republika Kirgizji obchodziła właśnie 10 lecie niepodległości. W końcu nadszedł jednak dzień odjazdu. Dzień wesoły i smutny zarazem. Po trzech dniach byliśmy już w Moskwie. Dwa dalsze i z radością witaliśmy nasze rodziny i bliskich. Przywieźliśmy mnóstwo wrażeń, wspomnień, wspaniałych zdjęć i godziny opowieści. Mimo pewnych początkowych niepowodzeń były to wspaniałe wakacje.

Image 

GALERIA ZDJĘĆ

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »