Wyprawy - Górskie wyzwania
Polish Expedition McKinley 2009
Zbyszek Bąk 2009-06-11
÷Ameryka Północna, USA, Alaska
McKinley – Alaskańska pułapka
„Aby zdobyć najbogatsze
doświadczenia i zaznać największe radości, trzeba po prostu wybrać
życie niebezpieczne” [Fryderyk Nietzsche]
Przełęcz Top 5000
m n.p.m.
Schodzimy zmęczeni po ataku szczytowym związani
liną asekuracyjną z High Campu (5350m n.p.m.) na dół do bazy pod
McKinleyem. Idziemy ostrą grania po której bokach są dość duże
ekspozycje, dochodząc do przełęczy Bartek oświadcza że się wypina z liny
gdyż chce iść szybciej bo dokucza mu odmrożony policzek i chce się
znaleźć jak najszybciej na dole w obozie. Sprawnie i szybko znika za
załomem skały i nagle gdy zza niej wychodzimy widzimy go leżącego
nieruchomo paręnaście metrów poniżej na śniegu a wokoło niego zbierającą
się grupę podchodzących alpinistów, serce zamiera mi w bezruchu…
Kahiltna Glacier 2154m n.p.m. - 8 dni wcześniej.
Po 25
godzinnej męczącej podróży samolotem firmy Air France przez Atlantyk z
przesiadką w Paryżu i Salt Lake City do Anchorage, 40 minutowy przelot
awionetką nad Alaska Range na lodowiec Kahiltna skąd rozpoczynamy naszą
pieszą przygodę to czysta przyjemność. Cały zespół tzn. Beata, Maciek,
Bartek, Kasia, Jacek, Ilona z Przemkiem i Rafał z Anią aż się nie mogą
doczekać kiedy ruszymy na najwyższy szczyt Ameryki Północnej – Denali (
Tron Słońca jak zwą go rdzenni Athabaskowie ) lub jak go nazwali pod
koniec XIXw. po ostatnim prezydencie Williamie Amerykanie – McKinley
(6193m n.p.m.). Lecieliśmy tu tyle godzin i wciąż jest ten sam dzień ,
i wciąż jest widno, do czego zresztą będziemy się musieli przyzwyczaić
bo nocy o tej porze roku to tu nie ma a latarki są tu całkowicie
zbędne. Po zabawnym incydencie w Paryżu gdy pewna Amerykanka w drodze do
USA której waga osobista przekroczyła 130kg a to niestety norma u tego
narodu , wykupiła jak zwykle dla siebie dwa miejsca do siedzenia ,
okazało się już w samolocie że miejsca były, a i owszem ale w dwóch
różnych rzędach z czego po cichu się serdecznie uśmialiśmy, to po
wyjściu na lodowiec gdzie powitał nas siarczysty mróz wcale nie było nam
do śmiechu. Po wcześniejszym komfortowym noclegu w Arctic Adventure
Hostel w Anchorage i w Bunkhousie w Talkeetna który należał do naszego
powietrznego przewoźnika Talkeetna Air Taxi, tu już wiedzieliśmy że o
wygodach możemy zapomnieć. Po pysznym śniadaniu składającym się z
jajecznicy na boczku zrobionej z jajek zakupionych w Wod Martcie gdzie
nabyliśmy też resztę ekwipunku i żywności na wyprawę oraz po wspaniałym
obiedzie w West Rib Pubie znanym z filmu „Przystanek Alaska” tu wysoko
już czuliśmy że jeszcze zatęsknimy za nieliofilizowanym jedzeniem. Gdzie
po solidnej dawce strachu jaką zafundowali nam rangersi w Talkeetnie
podczas odprawy i szkolenia górskiego oraz przy odbiorze permitów
zezwalających na działanie na terenie Parku Narodowego Denali tu już
czuliśmy że w niczym oni nie przesadzali opisując to wszystko co może
nam się wydarzyć, że na tym Alaskańskim lądzie 5- krotnie większym od
Polski gdzie żyje tylko 2,5 miliona ludzi oraz całe stada łosi, karibu,
wilków i niedźwiedzi grizzly będziemy zdani tylko na siebie, swoje
doświadczenie i ekwipunek. Prawdopodobnie pierwszy polski kontakt z
Alaską miał miejsce na początku XVIII w. i dotyczy polskiego zesłańca
Ignacego Kosarzewskiego, księdza unickiego z Wołynia a którego osobę
poprzez wyprawę chcemy przybliżyć. Został on zesłany na rosyjski Daleki
Wschód za to, że nie chciał przejść na prawosławie. Stał się tam wielkim
podróżnikiem. Po 1713 r. był na Alasce razem z rosyjskimi kozakami,
którzy ściągali daninę z miejscowej ludności na rzecz rosyjskiej
administracji na Syberii. Z tamtych czasów po dziś dzień jest osada
Kosarewski na lewym brzegu rzeki Jukon, na wprost miasteczka Holy Cross.
Domek Kosarzewskiego zajęli potem Indianie i wokół niego powstała
indiańska osada noszące jego imię. Jest tu także rzeka Kosarzewskiego –
Kosarefsky River, która łączy się z rzeką Jukon pod Holy Cross. Mimo
tych wszystkich obaw pełni entuzjazmu przepakowujemy swój ekwipunek na
sanie które będziemy ciągnąć pod górę podczepione na karabinkach do
uprzęży. Pierwszy etap to droga do Ski Hill ( 2380m n.p.m.) gdzie
będziemy mieli nocleg. Słońce świeci dość ostro dzięki czemu mamy
wspaniałą widoczność oraz niesamowitą sposobność do robienia zdjęć.
Bartkowi odkręca się w plecaku słoik z majonezem z czego jest kupa
śmiechu bo cała droga jest nim umazana i od razu zostaje ochrzczona
nazwą Mayonez Way. Po dość długiej wędrówce na miejscu na szczęście nie
musimy budować platform pod namioty i wyżynać lodowych bloków z których
buduje się ochronne murki przed wiatrem i śniegiem bo są już gotowe po
poprzednikach. Słońce zachodzi tu ok. 24 godziny więc rozmowom nie ma
końca a i tak zasnąć jest ciężko bo jest cały czas jasno. Nazajutrz do
obozu II na Kahiltna Pass ( 2750m n.p.m.) dostajemy się dość szybko bo
to krótki odcinek a następnego dnia szykuje się dość długa trasa i w
celu lepszej aklimatyzacji postanawiamy tą odległość podzielić na dwie
części. Następny dzień w drodze do Motorcycle Camp ( 3350m n.p.m.)
upływa również pod dobrą gwiazdą, słońce smaży, wiatr lekki, bez śladu
jakichkolwiek chmur na niebie. Ten obóz to już całkiem spore osiedle
alpinistów, zostawiamy tutaj depozyt zakopany w śniegu oznaczony
bambusowym kijkiem z naklejką naszej ekspedycji na końcówce a których
podobnych w okolicy są dziesiątki. Kolejnego dnia będzie ostre podejście
do bazy głównej i wiele ekip wybiera ten wariant podziału jedzenia i
paliwa. Z samego rana wiążemy nasze sanie w konwój po 3 sztuki a sami
również łączymy się liną asekuracyjną i ostro pod górę. Każdy kilogram
czuć teraz podwójnie, uprząż wrzyna się w biodra, sanie próbują się
przewracać co sprawia że marsz pod górę staje się katorgą, na dodatek
pogoda zaczyna się pogarszać, widoczność przez opad śniegu ogranicza się
do parunastu metrów, na Windy Cornerze wieje solidnie, ten skalny
występ został nazwany tak nie od parady. Na dodatek jacyś francuzi
wprowadzają nas w błąd, wcześniejszy nasz zamiar to nocleg w obozie
poniżej Base Campu ale po ich zapewnieniu że do obozu tylko 20 minut
ruszamy dalej, wychodzi 2 godziny z hakiem. Dziewczyny padają ze
zmęczenia , Przemek z Iloną dochodzą trochę później, trzeba jeszcze się
wrócić po część bagażu i w rzeczywistości spać idziemy po północy.
Base
Camp 4350m n.p.m. 3 dni do ataku szczytowego.
Po solidnym
odespaniu zaległości z dni poprzednich dziś dzień odpoczynku czyli tzw.
rest. Za pomocą lodowych pił wycinamy bloki lodowe które układamy
dokoła namiotów, osłonią nas w późniejszym czasie od ostrych wiatrów i
śniegu . Przy ładnej pogodzie climbersi którzy zjechali tu ze wszystkich
stron świata wychodzą na pogadanki ze swoich namiotów. Oprócz nas są
tu Włosi, Niemcy, Francuzi, Koreańczycy, Czesi, Austriacy oraz
oczywiście Amerykanie. Na środkowym placu niczym pomnik lub statua stoi
niczym nie osłonięty sedes w którym wszyscy bez krępacji się załatwiają.
Rangersi ostro pilnują żeby niczyja kupa nie skalała czystego ,
Alaskańskiego śniegu a z którego oczywiście czerpiemy źródło wody po
stopieniu nad ogniem w menażce. Na tej wysokości przy braku odpowiedniej
ilości tlenu czas uzyskania 1 litra wody to ok. jedna godzina więc nic
dziwnego że całe życie towarzyskie toczy się przy gotowaniu a rozmowom
na temat jedzenia niema końca. Większe potrzeby robi się też do dużych,
zielonych kubełków które dostaliśmy na dole od rangersów , przypominają
olbrzymie słoiki , wyłożone są torebkami plastikowymi które to później
wyrzuca się w przepastne szczeliny. Alaska musi pozostać czysta! Każdy
też z uwagą śledzi informacje przed namiotami ranwersów o prognozie
pogody na nadchodzące dni. Czy już można iść wyżej i atakować szczyt czy
jeszcze warto przeczekać na „normalnej wysokości”. Niektórzy niczym
pawie paradują po obozie obwieszeni sprzętem alpinistycznym niczym
Bonington przed wejściem w ścianę na Mt. Everescie, tylko ze im połowa
tego sprzętu i tak się nie przyda ale im więcej „szpeju” tym ważniejszy
alpinista… Base Camp zaskakuje słabym zapleczem socjalnym, na innych
górach można za odpowiednią opłatą zadzwonić z telefonu satelitarnego,
sprawdzić pocztę w internecie, zjeść pizze lup zupę, napić się pepsi,
tutaj nic, tylko namiot sanitarny z namiotami sypialnymi strażników i to
wszystko. Jak na amerykanów to słabo. Ale oni za to zaskakują tu nas
swoją postawą, to nie ci sami których znamy z filmów i teledysków,
aroganccy i wyszczekani kowboje. Może dlatego że to Alaska, że to nie
Stany jak powiadają miejscowi, zupełnie inne warunki, to ludzie gór, z
charakterami wyrobionymi przez twarde środowisko w których trzeba sobie
pomagać, gdzie serdeczność i życzliwość jest dużo więcej cenniejsza od
wartości pieniądza.
High Camp 5370m n.p.m.- atak szczytowy.
Prognoza
pogody nie pozostawia złudzeń, przed nami ostatnie 3 dni „lampy” a
potem załamanie, niewiadomo na jak długo. Nie zastanawiając się zbyt
długo wyruszamy do górnego obozu w pełnym obciążeniu sprzętu i jedzenia.
Podejście na przełęcz na 5000m stopniowo zwiększa swój kąt , idziemy
związani liną ostrożnie stawiając kroki . W pierwszej 3-ce Jacek, Maciek
i Bartek, w drugiej Beata, Kasia i Zbyszek. Reszta postanowiła odpocząć
jeszcze jeden dzień na dole. Ostatnie 200m to 50 stopniowe nachylenie w
lodzie Headwall. Kolejka do poręczówek zrobiła się długa jak fiks, nie
dziwne, każdy chce wykorzystać sprzyjającą aurę. Na przełęczy ostry
wiatr, mróz w granicach -25 stopni Celsjusza, idziemy w prawo granią,
spora ekspozycja po obu stronach. Na twarzach oprócz wysiłku widać że
zaczyna też dokuczać wysokość, ruchy coraz bardziej powolne, każdy krok
przychodzi z trudem. Do obozu przychodzimy w ostrej zawiei ok. godz.20
i z trudem rozstawiamy namioty szarpane przez wiatr. Następny dzień
poświęcamy w całości na regenerację sił co pozwala nam z jeszcze większą
werwą zaatakować szczyt kolejnego dnia. Krótka odprawa o 10 rano (
tutaj o tej porze się atakuje szczyt) i ruszamy trawersując zbocze góry,
zresztą nie pierwsi i nie ostatni tego dnia. Z nami razem idzie nas ok.
40 osób, to efekt „okna pogodowego „ w które się wstrzeliliśmy. Ale
słońce to jedyna zachęta tego dnia do podjęcia próby zdobycia jednego ze
szczytów zaliczanych do tzw. „Korony Ziemi” czyli najwyższych
wierzchołków wszystkich kontynentów. Wieje przenikliwy wiatr prędkością
dochodzący do 120 km na godzinę, mróz poniżej -30 stopni Celsjusza wcale
nie ułatwia zadania a przy dużym wietrze jego odczuwalność jest prawie
dwukrotnie większa. Za przełęczą Denali skręca się ostro w prawo gdzie
jesteśmy wystawieni na silne podmuchy , śnieg zostaje wywiany do
czystego lodu w który zawzięcie wgryzają się nasze raki i czekany, każdy
metr z trudem wydzierany jest górze, nasze twarze cały czas wystawione
są na siekanie drobnymi okruchami lodu i śniegu które rzuca w nas każdy
podmuch. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki o 3 po
południu wiatr ustaje. Przechodzimy krótki plateu - Football Field i
ostatnie ostre podejście. Na twarzach ludzi maszerujących obok widać
ogromny wysiłek jaki wkładają w te ostatnie metry podejścia. Jeszcze
jedno przejście śnieżną granią , dość zresztą niebezpieczną bo miejscami
jest oparcie tylko na jednego raka i oto Alaska stoi u stóp, wyżej już
na tym kontynencie nie ma nic, McKinley zdobyty!
Pułapka na
lodowcu - Powrót.
Odpoczywamy po wczorajszych emocjach ale
nie wszyscy, dziś jeszcze Jacek atakuje szczyt i znowu następny sukces
! Dziś w Polsce dzień matki , rodzeństwo pewno przyjechało do rodziców w
odwiedziny, może przy okazji wspomną o mnie, o tym co nie na morzu,
lecz w górach szuka tego, czego nie zgubił - rozmyślam. O 15 część
wczorajszej grupy szturmowej decydujemy się na zejście na dół do bazy.
Podczas powrotu na grani Bartek poślizgnął się i zderzył z kimś idącym z
dołu , wybija sobie bark. Ledwo go sprowadzamy z jego plecakiem na dół.
Najgorsze są poręczówki i 50 stopniowa lodowa ściana. Ciężko zachować
bezpieczeństwo grupy. Po zejściu do połowy góry na szczęście odbierają
go od nas rangersi, pakują na sanie i zwożą na dół. Na dole z gorącą
herbatą czekają już na nas niezawodni Ania i Rafał. Pogoda pomału
zaczyna pokazywać co potrafi zrobić na jednym z najzimniejszych miejsc
na ziemi. Następne 3 dni tkwimy w namiotach, ciągle pada śnieg i wieje
przenikliwy wiatr. Co parę godzin niczym przy syzyfowych pracach trzeba
odkopywać namioty. Z Bartkiem też jest nieciekawie, lekarz próbował
nastawić mu jego bark ale się nie udało, helikopter nie może w ogóle
wylecieć po niego w tych warunkach, i tak przez 7 dni. W piątek
postanawiamy wyrwać się z tej pułapki, schodzimy w trójkę na dół, w tych
warunkach sanie ciągle się przewracają, śnieg po kolana, trzeba torować
drogę. Ktoś kiedyś powiedział że skoro każdy człowiek ma swojego
anioła stróża to ja ze względu na intensywny tryb życia musze mieć ich z
dwunastu. W tym dniu kiedy w pocie czoła torowaliśmy z trudem drogę
przez śniegi Alaski wydawało mi się że wszystkie dwanaście siedzi na
moich saniach. Do bazy na lodowcu doszliśmy o 22. Tu okazuje się że już
od 4 dni nic nie lata. Wszyscy są uwięzieni na tym skrawku płaskiego
terenu wciśniętego pomiędzy górami, ludziom zaczyna brakować gazu i
jedzenia bo wszystko pozostawili w górach dla bardziej potrzebujących.
Po dwóch dniach i nas zaczyna dopadać wizja głodu. Na dodatek czas
spędzony przez naszą trójkę w namiocie na terenie wielkością
porównywalną do obszaru pod stołem kuchennym wcale nie jest najbardziej
komfortowy. Na szczęście pojawia się lekka poprawa pogody i w niedzielę
w nocy zaczynają przylatywać po nas awionetki. Cali i zdrowi lądujemy
w Talkeetnie gdzie przystępujemy do regularnych oblężeń miejscowych
barów i restauracji. Niestety świadomość że na górze są ciągle odcięci
od świata nasi przyjaciele nie daje nam spokoju. Pozostaje wierzyć ze im
też się poszykuje i wkrótce razem się wszyscy zobaczymy… Bartka
niedługo zwożą na dół i po nastawieniu barku w miejscowym szpitalu
spotykamy się w Anchorage, reszcie po tygodniu udaje się wyrwać z matni
ale z przygodami, Przemek skręca nogę i czeka go również przejażdżka
helikopterem. Miło mieć zespół na którym można polegać. Ile razy się
słyszy o niesnaskach, nieporozumieniach podczas wypraw. A przecież to
nasze wymarzone wyjazdy o których tak bez przerwy myśleliśmy, do których
tak długo się przygotowaliśmy, wygospodarowując urlop i z trudem
odłożone pieniądze. Nie marnujmy tego kiepskimi kłótniami o byle co,
które z upływem czasu wydadzą nam się błahe. Bądźmy dla siebie tam w
górach serdeczni i życzliwi. Pomagajmy bez zapytania, służmy radą i
wprowadzajmy radość, nie zapomnijmy o termosie gorącej herbaty gdy
bliscy dochodzą do obozu, pomóżmy rozłożyć namiot gdy zmęczeni nie mają
na nic siły. Niby to oczywiste ale coraz bardziej zapominane. Coraz
więcej egoizmu i skomercjalizowanego świata wkrada się wysoko w góry,
gdzie my powinniśmy być ponad tym wszystkim. Nie lekceważmy też samych
gór, pieniądze nas tam same nie wniosą, solidne przygotowanie fizyczne i
praca drużyny pozwolą zdobyć upragniony szczyt. Samemu może i
wejdziemy ale wspólnie będzie na pewno raźniej, bezpieczniej i weselej a
radość z osiągniętego celu będzie podwójna. Nie zapomnijmy też
wywieszać naszej polskiej flagi w obozach, w bazach, nośmy jej małe
odpowiedniki na czapkach, rękawach bluz, kurtek, łatwiej się
odnajdziemy w tym tłumie, bądźmy dumni że jesteśmy Polakami, wciąż na
świecie jesteśmy w ekstraklasie alpinizmu, wszyscy z szacunkiem odnoszą
się do naszych osiągnięć. Zawsze raźniej gdy w obcym kraju nie jest się
samemu, że obok są rodacy, że można liczyć na czyjąś pomoc, czyjś miły
gest. Do szybkiego…
Zbyszek Bąk
„Homohibernatus”
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Porady
praktyczne:
Kiedy jechać? Najcieplejszymi miesiącami są tu
maj, czerwiec i lipiec i one dają największą szansę na zdobycie szczytu.
Co
zabrać? Oprócz podstawowego ekwipunku i ubrań należy pamiętać o
ciepłej, puchowej odzieży, solidnych technicznych butach termicznych
typu La Sportiva, Millet. Przy dużych spadkach temperatury od gazu
lepsza będzie benzyna jako źródło energii do przygotowania posiłków. Ze
względu na długo trwające załamania pogody jedzenia trzeba ze sobą
zabrać co najmniej na 3 tygodnie. Latarki zbędne.
Gdzie mieszkać?
Arctic Adventure Hostel w Anchorage, czysto i tanio, właściciel
wyjeżdża i odwozi na lotnisko, w Talkeetna w Bunkhousie agencji TAT
która też przewozi na lodowiec, jest to najbardziej sprawdzona agencja z
doświadczonymi pilotami którzy latają nawet w złych warunkach
pogodowych, reszta tylko przy niebieskim niebie. Zakupy żywności i
sprzętu w Wal Markt i REI niedaleko hotelu. Nie wart zabierać żadnej
żywności z Polski.

Wyprawy 
