Wyprawy - Górskie wyzwania
Tien Shan Expedition 2008
Agnieszka Wieczorek 2008-11-30
÷Azja, Kirgistan, Góry Tien-Szan

Nasza Wyprawa „Tien Shan Expedition 2008" nie różniła się prawdopodobnie niczym szczególnym od innych wypraw stawiających swoje kroki w górach wysokich. Dla nas jednak była to (i wciąż jest) prawdziwa szkoła życia. Prawdziwa do szpiku kości, przeszywająca bólem, skłaniająca do nieprzespanych nocy, do wielu godzin głębokich przemyśleń, do rozważania tego co byłoby gdyby. Wyprawa, której się nie da zapomnieć!
Postawiliśmy sobie za cel zdobycie Khan-Tengri (7010 m n.p.m.) i Piku Pobiedy (7439 m n.p.m.).
Pierwszy etap naszej podróży to wielogodzinny przejazd pociągiem z
Krakowa do Kijowa. Później podróż samolotem do Moskwy, najznakomitszymi
liniami lotniczymi Aeroflotu A co! Jak już mamy sobie adrenalinę
podnosić, to i linie adekwatne wybraliśmy. W Moskwie spędziliśmy trzy
przecudowne godziny na wspaniałym rosyjskim lotnisku Sheremietiewo.
Następnie polecieliśmy wprost do stolicy Kirgistanu – Biszkeku. Z
lotniska odebrał nas wysłannik Tien Shan Travel, firmy, która pomagała
nam załatwiać formalności związane z wyjazdem. Zawiózł nas do
głównej siedziby firmy, gdzie odebraliśmy potrzebne dokumenty i
zakupiliśmy kartusze. Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy do Karakol.
Podróż
busem trwałą osiem godzin. Atmosfera zdecydowanie była gorąca i to
dosłownie. Żar lał się z nieba. Po dwóch godzinach zatrzymaliśmy się na
posiłek w przydrożnej knajpie. Było to dość intrygujące miejsce.
Wokoło pustka i te kilka budynków, które apartamentów w Mariocie nie
przypominały nawet odrobinę. Jedynie kierowca był na tyle odważny, aby
spróbować specjałów szefa kuchni. Nasza szóstka zadowoliła się
smakołykami kupionymi wcześniej na targu, furorę robiła woda gazowana.
Po kolejnych godzinach jazdy, podczas których każdy z nas próbował
przespać się choć odrobinę, kierowca zatrzymał się na poboczu i
zaproponował ochłodzenie się w wodach jeziora YsykKol. Po mękach długiej
podróży przyjęliśmy zaproszenie z wielką aprobatą.
Z przyjemnością studziliśmy zmęczone ciała w chłodnych wodach tego drugiego co do wielkości jeziora lodowcowego na świecie.
Już po południu dotarliśmy do Karakol. Zrzuciliśmy wszystkie nasze „graty” w pokoju i
poszliśmy na obiad do restauracji „Zarina”, podobno najbardziej
charakterystycznego lokalu, do którego prędzej czy później trafia każdy,
kto przybywa w te okolice.
Następnego ranka odwiedziliśmy
miejscowy targ, gdzie kupić można było wszystko, a jak by się uprzeć, to
pewnie jeszcze więcej. Kupiliśmy to, co nam do szczęścia było potrzebne
(głównie ryż, makarony i suszone owoce) i po południu byliśmy już w
dolinie Araschan, skąd mieliśmy zamiar wejść na Pałatkę (cos około 5000 m
n.p.m.).
Pierwszy nocleg wypadł w kirgiskim schronisku. Doszliśmy
tam, (oczywiście żeby nie było za pięknie) w strugach deszczu, więc
wieczór spędziliśmy przy kominku, susząc ubrania, a mocząc siebie w
gorących źródłach. Do końca wyjazdu zresztą towarzyszyła nam
przynajmniej raz dziennie nieco gorsza pogoda, w kręgach wspinaczy znana
jako tzw. codzienna dupówa.
Dzień
kolejny. Już chyba czwarty od naszego przyjazdu do Kirgizji.
Postanowiliśmy przejść do sąsiedniej doliny, by pobiegać po okolicznych
zboczach, upajać się otaczającą nas naturą oraz aklimatyzować organizm.
No, nie powiem, było ładnie, przyjemnie, „zmęczeniowo” i naturalnie
„zmoczeniowo” ze względu na codzienną dupówę (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ona jest codzienna). Na szczęście po raz kolejny gorące
mineralne wody rozgrzały nasze ciała i uchroniły przed przeziębieniem.
Pora na krzepiący sen. Rankiem pobudka. Pakowanie i już kierujemy się w
stronę Pałatki. 20 km dreptania wśród przepięknych wzgórz. Im dalej tym
ładniej, bardziej dziko, bardziej samotnie, bardziej „zmęczeniowo”,
„odciskowo” i (nie nowość) deszczowo! Po dotarciu przed lodowiec
mieliśmy okazję bardziej niż prędko rozbić namioty w deszczu, zęby umyć w
deszczu, zasnąć... na szczęście w namiocie, ale deszcz, nie myślcie
sobie, padał dalej.
Kolejny
dzień powitał nas przepiękną pogodą. Pełni energii ruszyliśmy więc pod
górę. Po dotarciu na wysokość ok 4200 m n.p.m. - stajemy. Przeszkodą
jest lodowiec, przez który nie mamy odwagi przejść. Powodów kilka: nagłe
pogorszenie pogody, przysypane szczeliny, lawiniasto, późno, a do
szczytu jeszcze kawał drogi. Decyzja: powrót!
Dzień kolejny to
zejście na sam dół, czyli ok. 35 km ciągłego marszu w głąb doliny. Tego
dnia wypruci jak „la flaki la Burek” (z kabaretu Halamy) stawiamy się w
naszej zaznajomionej już dziurze Karakol. Główny cel naszej wyprawy
powoli zaczynamy czuć nosem, tak wyraźnie, jak czujemy nasze stopy,
pachy i ubrania z nich ściągnięte. Sen.
Nazajutrz
pakujemy już toboły do wspaniałej limuzyny, która to ma zawieźć nas do
Majdaadyr'u, czyli miejsca, skąd wylatuje „śmigło” do bazy pod
Khan-Tengri. Limuzyna 9-o osobowa, napęd 4x4, opływowy kształt, sportowy
dźwięk (a raczej brak tłumika), uszkodzona przednia szyba - świadcząca o
agresywnym charakterze naszego kierowcy, miejsca w środku aż nadto. Podekscytowani jak małe dzieci wsiadamy do naszego Łazo-groma i
ruszamy. Po pięciu godzinach wycieczki w oparach spalin (rura wydechowa
kończyła się pod podłogą), naćpani etyliną 95 jak bąki, docieramy na
miejsce. Okazuje się, że śmigło poleci za 2 dni, więc rozbijamy się w
namiotach, próbując okiełznać psychę nastawioną na łojenie zmuszoną do
totalnego restu. Czas wypełniamy sobie jak możemy. Trenujemy wyciąganie
ze szczeliny na sucho, wiązanie węzłów w łapawicach, czy po raz kolejny
sprawdzamy i pielęgnujemy sprzęt. Oczywiście, najwięcej czasu i uwagi
poświęcamy kultywując konsumpcję posiłków. Wszystko po to, by jak
najszybciej minęły te dwa długie dni.
Pogoda
jest piękna, postanawiamy ruszyć w górę i jeszcze tego dnia podejść do
Obozu 1. Droga nie jest trudna, idziemy spokojnie przez lodowiec,
przeklinając plecaki, które z każdym krokiem ciążą coraz bardziej. Obóz
pierwszy wita nas oczywiście niepogodą. Budzik wydzwonił godzinę 2. Nie dało się tego uniknąć. Wstajemy! Ala i Marcin informują nas, że chcą jeszcze jeden dzień przeczekać w „jedynce”. Mają nas dogonić kolejnego dnia. Było już sporo po trzeciej, gdy zaczęliśmy zwijać namiot.
Nagle z namiotu obok wysunęła się głowa Mateusza, budzik
nie zadzwonił, zaspali. Ustalamy, że nas dogonią i ruszamy z Agnieszką
pod górę. Pogoda od rana jest kiepska, wszystko zaczyna pokrywać się
mgłą i w dodatku pojawia się śnieg. Doganiają nas Mateusze, Ustalamy, że
jest już za późno na pokonanie trudnego odcinka – Kuluaru Siemionowa.
Zostawiamy plecaki i „na lekko” podchodzimy do góry, żeby zdobyć
wysokość i zaklimatyzować się trochę. Na wysokości około 4800 pogoda
daje się nam już tak we znaki, że postanawiamy zejść. Koło południa
budzą nas promienie słońca. Pogoda zmieniła się diametralnie. Grzeje
tak, ze nie da się usiedzieć w namiocie. Idealna pogoda na suszenie
rzeczy i relaks. Robimy trochę fotek dla sponsorów i to chyba jedyna
konstruktywna rzecz, którą się zajmujemy do wieczora.
Ledwo
na datowniku zegarka zmieniła się cyfra oznaczająca dzień, a tu już
pora wstawać. Pakujemy wszystko i czekamy na Alę i Marcina. Mamy zamiar
jak najwcześniej wejść w Kuluar Siemionowa, bo później kiedy wyjdzie
słońce znacznie wzrośnie ryzyko zejścia lawin. Jest już jasno, kiedy
wchodzimy na niegościnny teren Siemionowa. Wita nas pole seraków i
bezdennych szczelin. Dodatkowo w górnych partiach zaczyna już powoli
działać słońce. Musimy szybko uciec z zagrożonego terenu. Marcin z Alą
postanawiają wycofać się i przejść to miejsce następnego ranka. Reszta
postanawia zaryzykować. Stres przyspiesza nasze działanie. Co jakiś
czas niewielkie grudki lodu osypują się na kask i ramiona. Nareszcie
udaje nam się dotrzeć w bezpieczne miejsce. W ostatniej chwili, bo
słońce zaczęło już działać na znacznym terenie i co jakiś czas
słyszeliśmy i widzieliśmy schodzące lawiny.
Tymczasem
jesteśmy już bezpieczni i napawamy się widokiem. Bajeczne góry,
lodowce, szczeliny tworzą obraz jak z bajki. Dochodzi godzina dziesiąta.
Wydawało się nam, że to, co najtrudniejsze, mamy już za sobą. Później
okazało się, w jakim byliśmy błędzie. Dalsza droga do obozu, może już
nie była tak niebezpieczna, ale prażące coraz mocniej słońce i
głęboki śnieg sprawiający, że brodziliśmy czasami po uda wyciągnął z nas
ostatnie siły. Dwadzieścia kroków i postój, to tempo ciągnęło się w
nieskończoność. Wreszcie widać już miejsce na obóz. Podchodzimy,
zrzucamy plecaki i rozbijamy namioty. Wypijamy herbatę i chowamy się w
śpiworach. Zapada senna cisza. Tylko gdzieś w oddali góry groźnie mruczą
lawinami. Kolejny dzień spędziliśmy w namiotach, odgarniając z nich
śnieg i odpoczywając, nabierając sił przed kolejnym dniem.
Następnego
dnia opuszczamy Obóz 2 o godzinie 8. Ruszamy ku kolejnemu obozowi na
wysokość około 5800 m n.p.m. Idziemy w dwójkowych zespołach związani
liną. Po drodze mijamy kilka szczelin, przy jednej z nich czekają na nas
Mateusze. Okazuje się, że przy jej przekraczaniu Mateusz zapadł się i
gdyby nie trzeźwość umysłu i szybka reakcja Sikora, mógłby wpaść
głębiej. Budujemy stanowisko i po kolei przeczołgujemy się na drugą
stronę dziury. Dalsza droga ciągnie się pod górę i już nie stanowi
większych trudności. Na miejsce docieramy około 14:00 i jak zawsze
pogoda robi się okropna.
Postanawiamy
zamienić namioty na jamy śnieżne. Łatwo powiedzieć, ale te jamy trzeba
jeszcze wykopać, więc kopiemy. Po dwóch godzinach jesteśmy cali
przemoczeni, a jama jest tak mała, że pomieści tylko dwie osoby. Ja z
Agą rozstawiamy namiot, a Mateusze przenocują w jamie. Jednak
niedokończona jama i mokre ciuchy dają się chłopakom we znaki i po
godzinie postanawiają przenocować w pustym namiocie zostawionym dla
klientów jednej z agencji turystycznej. Kontaktujemy się przez radio z
Alą i Marcinem… informują nas ze zrezygnowali z podchodzenia do dwójki
już całkowicie i schodzą do bazy, gdzie poczekają na nas tak długo, jak
będą mogli. Szkoda. Gotujemy, jemy, pijemy i zapadamy w sen.Zrezygnowaliśmy już całkowicie z noclegu w jamie. Gdy tylko nastał ranek, Mateusz O. rozstawił namiot tuż koło nas. Okazuje się, że Sikor nie czuje się najlepiej i ma delikatne objawy hipotermii. Dostaje gorącej herbaty i ląduje w śpiworze. Na szczęście taki zabieg pomógł i leki nie były potrzebne. Resztę dnia spędzamy na uzupełnianiu płynów. Wszyscy są raczej w dobrej formie, więc kolejnego dnia szykujemy się na wyniesienie obozu wyżej. Jednak następny ranek wita nas złą pogodą, więc kolejną dobę spędzimy na wysokości 5800 m n.p.m. Po południu troszkę się przejaśnia, toteż wychodzimy na przełęcz (6000 m n.p.m.) by zrobić rekonesans. Wieczorem podejmujemy decyzję, że jeśli pogoda dopisze, to próbujemy atakować szczyt z obozu 3...
…nie
dopisała. Znowu widoczność była zerowa i padał śnieg. Przeleżeliśmy do
godziny dziesiątej. Później trzeba było zjeść śniadanie. Mateusz O.
wyszedł na przełęcz z zamiarem dojścia do wysokości pierwszych
poręczówek, Agnieszka podążyła w jego ślady, a ja i Sikor postanowiliśmy
powspinać się trochę na pobliskich serakach. Około 15:00 wszyscy w
komplecie byli już w namiotach. Mateusz O. doszedł do poręczówek
Stwierdził, że są w dobrym stanie. To nastroiło nas optymistycznie. Byle
tylko pogoda dopisała.Znowu budzimy się o 2 w nocy Na dworze jest jeszcze ciemno. Tylko puchowy kokon i materiałowe ścianki namiotu chronią nas przed zimnem nocy. Wyczekaliśmy pogodę. Na zewnątrz pełno gwiazd i księżyc. Szybkie śniadanie, dopakowanie plecaków i ruszamy z nadzieją zdobycia szczytu. Idziemy grupą, ale każdy pogrążony we własnych myślach, bez zbędnych słów. Do naszej grupy dołącza Jarek z Aliną. Jednak po drodze rezygnują z wejścia. Pniemy się w górę. Słońce świeci mocno, jednak zimny i silny wiatr sprawia, że wcale nie jest ciepło. Na jednym z postojów zakładamy kurtki puchowe. Na ok. 6200 m n.p.m. Agnieszka rezygnuje i wraca do obozu 3.
Zostajemy na grani w
trójkę. Na około 6400 m n.p.m. Sikor nie czuje się najlepiej, traci
czucie w lewej stopie i koniec końców również postanawia zejść do obozu.
Teraz ze szczytem walczą tylko dwie osoby - Mateusz i ja. Pniemy się
coraz wyżej i wyżej. Im bardziej nabieramy wysokości, tym idziemy
wolniej. Powoli zaczyna pojawiać się mgła. Widoczność jest coraz gorsza,
zaczyna sypać śnieg. Chwilę się wahamy, ale wreszcie podejmujemy
decyzję o odwrocie… Wpinam się w linę i powoli schodzę w dół. Po chwili Mateusz robi to samo. Kolejne liny, kolejne zjazdy… i tak ponad 3 godziny. Wreszcie docieram do wysokości około 4200 m gdzie kończą się poręczówki. Jest już ciemno sypie śnieg, czekam aż Mateusz dołączy do mnie i ruszamy w dół. Mat idzie pierwszy zna lepiej teren, był już tu kiedyś. Nagle słyszę puste tąpnięcie i Mateusz znika mi z oczu. Przez chwilę nie wiem, co się dzieje. Włączam w czołówce najmocniejsze światło i zaczynam nerwowo patrzeć w miejsce, gdzie przed chwilą stał mój partner. Powoli dociera do mnie, że Mateusz spadł. Dopiero po dłuższej chwili wraca odrobina trzeźwe myślenie. Przypominam sobie, że w plecaku mam radio. Zaczynam wzywać pomoc: „may day, may day! Mateusz mi się spier…” mija jakiś czas zanim udaje mi się nawiązać łączność radiową z Marcinem, Mateuszem i Agnieszką oraz bazą Południowa. Sypie mocno śnieg, postanawiam przeczekać noc i nie ruszam się z miejsca.
Powoli zaczyna
świtać, ustała śnieżyca, a wraz z dniem nadchodzi rześkość poranka.
Zaczynam dygotać z zimna. Ok. 4 nad ranem Agnieszka z Mateuszem S. i
Jarkiem ruszają w moim kierunku, torując drogę po nowo nasypanym śniegu.
Postanawiam nie czekać, tylko zejść im naprzeciw. Serce wali jak
oszalałe, idę wolno, każdy krok stawiam ostrożnie. Jeszcze jeden zjazd
na poręczówkach i dalej ostrożnie krok za krokiem w dół. Na ok 6100m
n.p.m. w końcu się wszyscy spotykamy. Dostaję gorącą herbatę i
czekoladę. Schodzimy do obozu 3. Dwa dni później jesteśmy w bazie South Inyltschek, spotykamy się z Alą i Marcinem. Relacjonują nam przebieg wydarzeń w bazie. Następnego ranka lecimy do Maydaadyr, stamtąd do Karakol, by dopełnić formalności na policji i spotkać się z konsulem z Ałma Aty, żeby wspólnymi siłami jak najwięcej zdziałać w sprawie akcji ratunkowo-poszukiwawczej.
Po kilku dniach musimy wracać do Biszkeku, a następnie do Polski.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na zakończenie tej relacji chcielibyśmy gorąco podziękować naszym sponsorom i patronom medialnym, że postawili na młodych ludzi i wspierają działania młodego pokolenia polskiego alpinizmu. Dziękujemy naszym bliskim, klubom wysokogórskim, które nas wspierały tak samo przed wyjazdem jak i po powrocie.

Wyprawy 








