Wyprawy - Górskie wyzwania
Chan Tengri. Relacja z wyprawy
Piotr Morawski 2005-09-02
÷Azja, Kirgistan, Góry Tien-Szan
Pierwsze wieści o wyprawie w Tien Szan pojawiły się w
Klubie Wysokogórskim prawie rok temu. Pierwotny plan zakładał zdobycie
szczytu Chan Tengri drogą poprzez Marmurowe Żebro. Chan Tengri leży w
rejonie Piku Pobiedy (7439 m) i mimo sporów o jego wysokość jest
zaliczany do klasy siedmiotysięczników. Najnowsze pomiary pokazują, że
ma on 6995 m, ale na wielu mapach można znaleźć wysokość 7010 m.
Najbardziej obleganą drogą jest oczywiście klasyczna, ale jest też
słynne Marmurowe Żebro, pokonane dopiero w latach osiemdziesiątych. Jest
to śliczne, ale trudne skalne żebro wiodące na sam wierzchołek, a
zaczynające się powyżej 5500 m. Można do niego dotrzeć długim i niezbyt
przyjemnym trawersem, albo pokonując ścianę czołową Chana ...
Początek wyprawy wyglądał tradycyjnie. Zebranie na warszawskim Dworcu
Centralnym na peronie którymśtam. Komplet załogi, prawie każdy
przydźwigał po dwa bagaże, pewnie około 50 kilogramów na głowę.
Załadowaliśmy wszystko sprawnie do pociągu i pojechaliśmy.
Od
Moskwy dzieliło nas 21 godzin jazdy pociągiem. Czas płynął całkiem
zwinnie. Na dodatek w okolicach Brześcia załadowało się mnóstwo
wszelakiej maści przekupek oferujących gotowaną kuricę, kartoszki, piwo,
wódkę i oczywiście szampanskoje. W razie braków w podręcznym barze
roznosicielki błyskawicznie leciały do domów po świeżą dostawę. Pełna
obsługa. Nie omieszkaliśmy skorzystać z uprzejmości gospodarzy...
Potem kilka godzin czekania w Moskwie na małym skwerku, długa
przejażdżka dziwnie znajomym metrem, autobus i już byliśmy na lotnisku.
Po krótkich machlojkach z nadbagażem, załadowaliśmy się na pokład
Tu-134. Cztery godziny później gładko wylądowaliśmy w stolicy
Kirgistanu, Biszkeku, dawnym Frunze. Stąd zostaliśmy sprawnie przejęci
przez Birjukowa, właściciela biura, które wcześniej zatrudniliśmy przez
Internet. Prosto z lotniska autobus zawiózł nas do miejscowości Karakol.
Przejażdżka trwała prawie cały dzień. Po drodze zapewniano nam jedzenie
w jurtach albo na kirgizkich bazarach. Zakupiliśmy również dwa
niesamowicie słodkie arbuzy po dolarze za sztukę, które błyskawicznie
zniknęły w naszych żołądkach. Karakol znajduje się już tylko jakieś 100
km od bazy wojskowej w Majdaadyrze, kolejnego przystanku na drodze do
celu. 100 kilometrów po drodze często bez asfaltu, przez kilka
przełęczy, w tym jedną około 3800 metrów, w pojeździe terenowym na
twardym zawieszeniu w całkiem sporym ścisku... Ale wieczorem byliśmy już
w Majdaadyrze. Baza wojskowa znajduje się na poziomie około 2000
metrów, w przepięknej okolicy górskiej. Od bazy na lodowcu, tej pod
Chanem, dzieliło nas niecałe 100 kilometrów. Można je pokonać
helikopterem w jakieś pół godziny, albo piechotą w ... 3-4 dni. W
Majdaadyrze zostaliśmy poddani gruntownej kontroli
paszportowo-papierkowej, w której wyszło na jaw, że niektóre numery
paszportów są nieprawidłowo wpisane w papiery....
Ranek. Osiem
osób zdecydowało się na lot helikopterem. Dwie, czyli Marcin i ja,
postanowiły pójść. Niestety wskutek pomyłki w papierach nie udało się
naszej dwójce wyruszyć w górę z samego rana. Ale nie ma tego złego...
Jeden z Kirgizów zaproponował nam jazdę na koniach pod czoło lodowca...
jakieś 40 kilometrów. A koło 11-tej mocno skacowany po nocnej libacji
naczelnik bazy wojskowej w końcu nas puścił. Ekipa rozdzieliła się.
Wieczorkiem po wielu wrażeniach nocleg niedaleko od czoła lodowca.
Następne dwa pełne dni szybkiego i dosyć wyczerpującego marszu po
lodowcu. Do celu dotarliśmy wieczorem trzeciego dnia. Znaleźliśmy resztę
zespołu. Większość cierpiała już z powodu wysokości, baza znajdowała
się na poziomie 4000 metrów. Następnego dnia całą dziesiątką poszliśmy
na rekonesans i zdjęcia pod celem naszej wyprawy - Chanem. Czołowa
ściana prezentowała się naprawdę imponująco, a Marmurowe Żebro zatykało
dech w piersiach. Okazało się, że na Marmurowym w tym roku są bardzo
kiepskie warunki śnieżno lodowe i wyjątkowo kiepska asekuracja.
Ściana... hmmm... wyglądała wyjątkowo groźnie... Decyzja zapadła:
najpierw próbujemy drogą klasyczną, a potem zobaczymy. Nie każdy był
zadowolony, ale wejście drogą klasyczną na początek wydawało się (i
słusznie jak się potem okazało) jedynym sensownym rozwiązaniem. Powstały
różne koncepcje aklimatyzacji. Niestety kuluar, który rozpoczynał drogę
na Chana był bezpieczny jedynie w nocy lub nad ranem. Z sąsiedniego
Czapajewa bowiem ciągle leciały lawiny. Naprawdę nieprzyjemne miejsce i
niewielu z nas chciało przechodzić je kilka razy. Ekipa po raz kolejny
podzieliła się. Doktor z Prezesem chcieli zaaklimatyzować się na
okolicznych pięciotysięcznikach, Marcin i ja zdecydowaliśmy się na
rozpoczęcie wejścia na Chana już następnego dnia i aklimatyzację powyżej
paskudnego kuluaru, a reszta ekipy wahała się, która idea jest
lepsza...
Marcin obudził mnie jak
zwykle o szóstej rano. Szybko zjedliśmy śniadanie i we dwóch
wyruszyliśmy. Dźwigaliśmy ze sobą jedzenia na 10 dni, namiot, kilka
niezbędnych ubrań, krótkofalówki, łącznie pewnie około 15-20 kilogramów
na głowę. Pierwszego dnia wolno przeszliśmy sobie przez lodowiec i
rozłożyliśmy namiot w obozie I na 4200 metrów. Wieczorkiem popatrzyliśmy
w górę kuluaru... nie wyglądał już tak groźnie, a otuchy dodawała
wyraźna transzeja. Położyliśmy się pełni optymizmu spać. Ale jak to
złośliwie czasem bywa, w nocy sypał śnieg. Ślady przysypało, a ponadto
czekało nas torowanie do samego obozu II. Wyruszyliśmy około 4 rano,
chcąc jak najszybciej przebrnąć przez ten piekielny kuluar. Niestety po
ciemku ciężko było znaleźć drogę wśród szczelin. W końcu po godzinnych
poszukiwaniach zmuszeni zostaliśmy do postoju. Trzeba było poczekać, aż
się trochę rozwidni.... Wkurzeni dosyć zdrowo usiedliśmy na plecakach i
czekaliśmy... żeby się przekonać, że szczeliny, przy której czekamy nie
da się tak łatwo obejść i trzeba ją przeskoczyć. Co po krótkim wahaniu
uczyniliśmy. I potem już grzaliśmy do góry byle pokonać kuluar przed
dziewiąta. O tej bowiem godzinie słońce zaczynało grzać Czapajewa i
ruszały lawiny. Ciężkie plecaki, torowanie drogi w głębokim śniegu oraz
wysokość robiły swoje. Posuwaliśmy się coraz wolniej, by na koniec
ujrzeć kilka namiotów stojących w obozie II (5100 m.). Ale nie daliśmy
rady... Zostało jeszcze ze 100 metrów, a my nie mieliśmy siły się
ruszyć. Dogonił nas potem zespół rosyjski, który szedł po naszych
śladach i przetorował ostatnie metry. Nareszcie, po niespodziewanie
długim dniu, w obozie drugim...
Noc
znowu nie była przyjazna. Nie dość, że męczył zwyczajny w tych
okolicznościach ból głowy, to jeszcze sypało w nocy. Spaliśmy ze
świadomością, że znowu czeka nas torowanie... Jednak wiele w nocy śniegu
nie napadało... przyprószyło w ciągu dnia. Jeszcze do tego doszła mgła i
czasem mieliśmy problemy (na prostym przecież podejściu) ze
znalezieniem drogi. Znowu po długim dniu znaleźliśmy się w obozie III
(5800), niecałe 100 metrów pod przełęczą. W bazie zostaliśmy
poinformowani, że w obozie trzecim znajdują się wygodne i duże pieczary
śnieżne, zatem namiotu nie braliśmy. Ale na szczęście wzięliśmy łopatę.
Pieczary oczywiście zniknęły pod grubą warstwą śniegu, a inne zespoły
które myślały tak samo jak my, zajęte były wykopywaniem nowych jam, albo
pogłębianiem tych, które szybko wykopali poprzedniej nocy. Ledwo się
ruszałem. We łbie mi huczało, tchu brakowało w piersi, a każdy ruch
wymagał dużego wysiłku. Nie przeszkodziło mi to w zjedzeniu sutego
posiłku, który potem mocno dał mi się we znaki. Marcin się powstrzymał.
Na szczęście w obozie nocowali już poprzedniej nocy w celach
aklimatyzacji bracia Czesi. Schodzili do obozu drugiego, zatem odstąpili
nam swoją trochę przyciasną jamę. Zostawili też sprzęt, bo mieli zamiar
w najbliższym czasie atakować szczyt... Otrzymaną w spadku pieczarę
poszerzyliśmy i pogłębiliśmy, tak że nocleg był w warunkach nadzwyczaj
komfortowych. Rano jeszcze trochę posiedzieliśmy pod przełęczą
podziwiając grań Chana, która mieliśmy niedługo podążać. Szczyt wyglądał
prześlicznie, ale jednocześnie groźnie... trójkątny i samotny... A
potem zeszliśmy do obozu drugiego. Zdecydowaliśmy się następnego dnia
założyć obóz na 6100-6200="ltr"> 6100-6200 end_of_the_skype_highlighting, ponad przełęczą i stamtąd atakować
wierzchołek. Po jednej nocy na niecałych sześciu tysiącach nie byliśmy
jeszcze wystarczająco zaaklimatyzowani, ale postanowiliśmy spróbować. W
międzyczasie z dołu przyszli Kopyś z Piotrkiem w celach
aklimatyzacyjnych. Przynieśli namiot szturmowy.
Rano, nasz namiot, jako że był duży i przestronny zostawiliśmy w obozie
drugim do powszechnego użytku, zabraliśmy szturmowy i wyruszyliśmy do
góry. Tym razem już po śladach (jak miło się szło!) i przy grzejącym
słońcu, które uparcie wysysało z nas wodę i siły. Doszliśmy do
przełęczy, gdzie znów poczuliśmy wysokość. Doczłapaliśmy się na 6100 i
znaleźliśmy jakąś platforemkę pod nasz nowy dom. Byliśmy na grani, wiało
całkiem porządnie, a w głowach huczało. Platforemka nie zapewniała
nawet minimum wygody. Po długich, powolnych przygotowaniach wpełźliśmy
do ledwo (jak nam się wydawało) stojącego namiotu i w warunkach skrajnie
niekomfortowych coś upichciliśmy. Ciężko było w środku leżeć...
zastanawialiśmy się nawet przez moment, czy nie spać siedząc. Ale w
końcu znaleźliśmy jakieś rozwiązanie, nawet udało nam się wyprostować
nogi i zasnęliśmy. W nocy obudziła mnie wichura i śnieżyca prosto w nas
waląca. Marcin spokojnie chrapał, a ja już resztę nocy spędziłem na
zastanawianiu się kiedy nas zdmuchnie w przepaść. Do środka nawiało tony
śniegu, zasypało nasze plecaki, skorupy, śpiwory.... Budzik zadzwonił o
4 rano. Przez następne trzy godziny czekaliśmy aż wichura przycichnie,
leniwie topiliśmy śnieg. Nie chciało się nam wychodzić... Ale
wyszliśmy...
Chan jeszcze tonął w
porannym cieniu. Zaraz nad naszym prowizorycznym obozem zaczynały się
poręczówki. Nad podziw szybko zdobywaliśmy kolejne metry. Nie było
żadnych śladów, wyglądało na to, że idziemy pierwsi, albo jedni z
pierwszych w tym sezonie. Za nami, spod przełęczy wystartowały jeszcze
dwie osoby. Jak się potem okazało, Rosjanie. Poręczówki były, o dziwo, w
całkiem dobrym stanie. Ale i tak im za bardzo nie ufaliśmy. Pełni
optymizmu dotarliśmy pod dwudziestometrowy kominek, który jak sądziliśmy
oddziela nas od szczytu. Po drodze jeszcze pojawiło się słońce, wyszło
dokładnie znad wierzchołka Chana... Coś niesamowicie pięknego...
Wbiliśmy się w komin. Byliśmy pewnie na jakiś 6700 metrach. Dopiero
teraz dała o sobie znać nasza niepełna aklimatyzacja. Nasze ruchy stały
się niebezpiecznie powolne, co kilka kroków robiliśmy odpoczynek. Zaraz
po tym jak wyszliśmy ponad komin dogonił nas jeden z dwóch Rosjan. Drugi
zawrócił. Czas gonił i co pewien czas nerwowo spoglądałem na zegarek.
Ale parliśmy do góry. Kilka kroków i kolanami w śnieg. Szybkie, urywane
oddechy, które nie zapewniały wystarczająco dużo tlenu, znowu na nogach,
kilka kroków i znowu w śnieg.... Wlekliśmy się i wlekliśmy. Kolejne 70
metrów do góry zabrało nam prawie 2 godziny... Ale przełęcz była blisko.
Dotarliśmy do niej i... okazało się, że jeszcze została do pokonania
stroma ścianka. Wbiliśmy się w nią pełni nadziei, że szczyt jest tuż,
tuż. Na dole zbierały się chmury, słońce schodziło coraz niżej...
Wyszliśmy nad ściankę.... Przed sobą zobaczyliśmy długą, prawie poziomą
śnieżną grań i w oddali szczyt. W Tatrach grań może na jakieś 15 minut
marszu, jak nie mniej. W naszym obecnym tempie... Nadeszła 16-ta,
godzina kontaktu z bazą. Usiedliśmy z Marcinem, czekaliśmy aż baza się
zgłosi, a w głowie szalała niepewność: o której będziemy na szczycie,
czy w ogóle damy radę tam się dowlec, a jak już wejdziemy to czy damy
radę zejść. Pierwsze głosy kolegów z bazy nie były optymistyczne...
zostawili decyzję nam. Rosjanin wyprzedził nas i dalej dzielnie
napierał... Był kilkanaście kroków przed nami, w naszych realiach pewnie
jakieś 10 minut drogi. Poszliśmy za nim. Prawie dwie godziny... kilka
kroków... upadek na kolana... głowa nisko do dołu, oparta o dziabę, by
móc chwycić oddech... na nogi... znów kilka kroków. Po pewnym czasie,
patrzę jak grań staje się coraz szersza, potem wypłaszcza się i potem
nagle... zobaczyłem, że jestem na najwyższym punkcie... przewróciłem się
ze zmęczenia. Ledwo co wstałem. Nagle poczułem, że na szczycie
potwornie wieje... dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem na
górze... euforia wdarła się w otępiały mózg. Rzuciliśmy się całą trójką w
ramiona. Niestety, na wierzchołku nie dało się długo wytrzymać.
Zaczęliśmy szybkie zejście. Przed nami śnieżna grań przecięta naszymi
śladami, pod nami chmury zalegające nad całym lodowcem, wokół nas
bezchmurne niebo i błyszczące szczyty okolicznych sześciotysięczników, a
do tego wszystkiego powoli zachodzące słońce... eh, warto dla takich
chwil się pomęczyć...
Przy zejściu
przez cały czas używaliśmy poręczówek. Już nie zastanawialiśmy się,
która może puścić. Szliśmy jak najszybciej, by zdążyć przed nocą...
Totalnie wyczerpani dotarliśmy do namiotu dopiero po jedenastej w nocy.
Wpełźliśmy w oblodzone śpiwory, wysypaliśmy ze środka trochę śniegu,
ugotowaliśmy herbatkę. Prawie nieprzytomni poszliśmy spać nie zwracając
uwagi na zamarznięty namiot, zimno, śnieg i rozkręcającą się wichurę.
A rano wolnym krokiem dowlekliśmy się do obozu drugiego. Spędziliśmy w
nim cały dzień i nazajutrz zeszliśmy już wcale nie tak nieprzyjemnym
kuluarem na dół. Po drodze spotkaliśmy kilku naszych, którzy szli do
góry. Około godziny ósmej rano dotarliśmy wymęczeni, ale zadowoleni do
bazy.... Dzień później przyszło załamanie pogody. Trzy dni nieustannie
sypał śnieg. Cały lodowiec, baza i oczywiście nasze namioty zostały
przysypane grubą białą warstwą puchu. Kolejne dwa dni trzeba było
czekać, by śnieg trochę się stopił. Pierwszy raz byłem w górach wysokich
i właśnie zdobyłem mój pierwszy siedmiotysięcznik. Do Marcina
przyjechał partner, z którym wybierali się na Pobiedę, reszta naszej
ekipy nadal szturmowała Chana, nie miałem już co robić w bazie i
samotnie zszedłem na dół, by zwiedzać Kirgizję...
Termin: 15.07.2001 - 17.08.2001
Skład:
Michał Ziółkowski (Ziółek vel Doktor) - kierownik wyprawy, a także
jedyny lekarz
Artur Paszczak (Prezes) - prezes KWW incognito
Mariusz Wilanowski (Wilan) - redaktor naczelny biuletynu A0
Jarosław Dubczyk (Lemur) - trzeba posłuchać jego żartów
Andrzej
Dutkiewicz (Duduś) - na pewno nie nowicjusz w tym regionie (i nie tylko
oczywiście)
Piotr Bucki (Bucek) - nie tylko wspinacz ale i zapalony
fotograf
Tomek Kopyś (Kopyś) - ciągle ze swoją kamerą
Piotrek
Jankowski - najmniejszy, a jadł, jadł i jadł
Marcin Kaczkan -
jeden z najświeższych nabytków KW, już kiedyś szturmował Pik Pobiedy
Piotr Morawski - najmłodszy uczestnik i autor poniższego tekstu
Osiągnięcia: dwóch na szczycie drogą klasyczną (Marcin Kaczkan i Piotr
Morawski)

Wyprawy 
