Wyprawy - Górskie wyzwania
Monte Rosa - wyprawa w najwyższy masyw w Alpach
Rafał Król 2005-09-16
÷Europa, Włochy, Monte Rosa (Val de Aosta)
Nasza najbliższa wyprawa to wyjazd w najwyższy masyw w
Alpach - Monte Rosa. Mówię nasza, bo jadę ze swoją stałą ekipą, z czego
bardzo się cieszę. Wszyscy wiedzą, że najwyższym szczytem w Alpach jest
Mont Blanc, ale pozostałe góry tego masywu są znacznie niższe niż
szczyty Monte Rosy. Grań Monte Rosy przebiega bardzo wysoko (od
Breithorna 4160 m, Roccia Nera 4075 m, Polluce 4091 m, Castore 4221 m,
Piramide Vincent 4215 m, Ludwigshohe 4342 m, Gnifetti 4554 m, Zumstein
4563 m, z kulminacją na Dufor 4634 m).
Wyprawa w ten rejon Alp
pozwoli nam wspinać się, oraz postawić bazę na dużej wysokości. Bardzo
mi zależy na tym, by nocować jak najwyżej (ok 4500m) ponieważ organizm
"pamięta" wysokość na której już przebywał i kiedy pojedzie się ponownie
w wysokie góry to wszyscy lepiej i szybciej się adaptują do wysokości
na której już przebywali. Zależy mi na tym szczególnie, ponieważ moje
plany na przyszłość to wyprawy w góry znacznie wyższe od Alp i chcę
sprawdzić jak moi przyjaciele znoszą dużą wysokość. Zależy mi na tym
żeby zaadoptowali się możliwie do jak największej wysokości, bo od tego
może zależeć nie tylko powodzenie przyszłych przedsięwzięć ale również
nasze bezpieczeństwo.
Bardziej od wejść na poszczególne szczyty zależy mi
na wspinaczce po lodowcach i na dużej wysokości, gdzie występują
szczeliny, seraki, zchodzą lawiny. W Polsce nie ma lodowców i wyprawa w
Monte Rosę, zrozumienie lodowców, opanowanie własnego strachu oraz
technik wspinaczki i ratownictwa na nich, będą dla moich przyjaciół
przepustką w góry najwyższe.
Na takiej wysokości
nie trudno o odmrożenia, czy chorobę wysokościową. Znajduje się tam dwa
razy mniej tlenu niż nad poziomem morza, i organizm musi przystosować
się do takich warunków. Pogłębia się nam oddech, i przez kilka
pierwszych dni bez przerwy serce wali młotem jak podczas bardzo
forsownego biegu - nawet podczas niewielkiego wysiłku. Potem oddech robi
się głębszy i płuca "chwytają " więcej tlenu. Wewnątrz organizmu
krwinki zwiększają swoją objętość, a więc zdolność do transportu tlenu do
poszczególnych komórek organizmu. Skutkiem tego krew transportuje
więcej tlenu, który kompensuje nam jego niedobór w powietrzu. Niestety
ta specyficzna adaptacja ma bardzo poważny mankament. Taka
"przystosowana" krew jest znacznie gęstsza i wolniej porusza się w
żyłach. Serce ponosi większy wysiłek pompując taki "ketchup" do żył,
jest bardziej obciążone (to dlatego tyle jest zgonów wśród osób chorych
na serce w górach). Gęsta krew nie dociera tak swobodnie jak rzadka do
małych naczyń krwionośnych i odległych od serca kończyn. Dlatego palce
są źle ukrwione i zimne, bo przecież krew oprócz tlenu rozprowadza także
ciepło. To gorsze ukrwienie jest powodem odmrożeń w warunkach
wysokogórskich.
Trzeba również bardzo uważać na słońce które na
tej wysokości, bez odpowiednich osłon i kosmetyków z filtrami, bardzo
szybko doprowadzi do oparzeń i podskórnych ropni.
Dojazd był nieco skomplikowany. Ekspresem do Wrocławia, gdzie czekał na nas bus. W sprinterze było dostatecznie dużo miejsca dla 9 członków wyprawy i kierowcy. W miejscu wymontowanych foteli zmieściły się nasze bagaże, sprzęt alpinistyczny i zapasy jedzenia.
Z Wrocławia na przejście graniczne w Zgorzelcu, a dalej Niemieckimi autostradami najkrótszą drogą do Szwajcarii. Pierwszy nocleg spędziliśmy już w Szwajcarii. Następnie udaliśmy się przejścia granicznego w Como nad przepięknym jeziorem o tej samej nazwie. Tam wjechaliśmy do Włoch. Drugiego dnia po południu dojechaliśmy do Gressoney La Trinite - malutkiego górskiego miasteczka u podnóża alp położonego na wysokości 1600 m.n.p.m. Przed zmrokiem rozbiliśmy obóz powyżej miasteczka na polance, tuż przy górskiej, rwącej rzece o nazwie Lyss - takiej samej jak lodowiec z którego wypływa. W nocy lało jak z cebra. Rano następnego dnia rozpoczęliśmy proces aklimatyzacji. Zdawałem sobie sprawę że ludzie mogą ciężko znosić duże wysokości, zwłaszcza że nikt, poza Grzegorzem, nie spał powyżej 1600 m.n.p.m.
Naszą pierwszą wycieczką było podejście do stóp, a właściwie seraków
lodowca Lyss, na wysokość 2600 m.n.p.m.. Trasa zajęła nam 6 godzin i
wiodła w górę rzeki Lyss nad którą spaliśmy, a dalej granicą ogromnego
stoku, który dopiero na szczycie okazał się moreną boczną lodowca.
Następnie trzeba było pokonać rumowisko skalne z płyt i kamieni
przyniesionych przez lodowiec by po dalszej wspinaczce podejść pod
seraki skąd brały początek strumienie tworzące rzekę. Co jakiś czas
dobiegał nas łoskot spadających lawin, lub też zwielokrotnione przez
echo huki walących się seraków. Wszystko to w skali niespotykanej w
Tatrach, co zrobiło na chłopakach ogromne wrażenie. Przewyższenie 100 m.
w kilka godzin dało odczuć niewielkie zmęczenie i kłopoty z błędnikiem
(równowagą).
Choć następnego dnia pogoda była świetna od samego
rana postanowiłem że pośpimy trochę dłużej. Na dodatek gotowanie i
przygotowania do wyjścia przedłużały się w nieskończoność tak więc
dopiero kwadrans po 10-tej wyruszyliśmy na cały dzień do schroniska
Quintino Sella na wysokości 3585 m.n.p.m. Sądziłem że uda nam się
osiągnąć schronisko w przeciągu 5 godzin.
Schronisko jest słynne z dwóch powodów. Po pierwsze końcowy odcinek
dojścia do niego wiedzie trudną eksponowaną granią z linami, łańcuchami a
nawet drewnianym mostem przerzuconym nad przepaścią. Po drugie na
plateau pod schroniskiem znajduje się High Lab znanej firmy Ferrino
który jest ośrodkiem badawczym sprzętu górskiego. Można tam zobaczyć
porozstawiane namioty, porozwieszane śpiwory, plecaki, i inny sprzęt na
który pada deszcz, śnieg itp. na którym prowadzi się testy przydatności w
ekstremalnych warunkach. Góry okazały się większe niż ekipa się
spodziewała. Mimo upału na dole, już po dwóch godzinach wspinaczki
zrobiło się znacznie chłodniej choć słońce świeciło bez przerwy. Na
każdym wierzchołku na który weszliśmy okazywało się że za nim jest
następny, znacznie dalej i znacznie wyżej. Kiedy dobrnęliśmy w końcu do
grani gdzie widoczny był już finalny stok, okazało się że jesteśmy
dopiero na wysokości 3100 m.n.p.m., i że niestety jest już godzina 16.
Do szczytu w najlepszym wypadku pozostawała nam godzina wspinaczki, i
nawet przy założeniu że będziemy zaraz schodzić, zostawały nam tylko 4
godziny na zejście, gdyż o 20.30 był zachód słońca. Niestety nie
mieliśmy ze sobą latarek i musieliśmy zejść do bazy zanim zrobi się
ciemno. Na domiar złego szczytowy stok był ośnieżony czego nie
spodziewałem się o tej porze roku. Spowalniało nam to dodatkowo wejście
bo grzęźliśmy w śniegu i trzeba było ostrożnie piąć się w górę uważając
żeby się nie poślizgnąć. Zaczęła psuć się pogoda. Co chwila zawiewały
nas chmury i widoczność spadała do kilku metrów. Po wdrapaniu się na
ośnieżony stok czekała nas jeszcze finalna partia wspinaczki bardzo
eksponowaną z obu stron granią która po pół godzinie wiszenia na linach i
łańcuchach kończyła się jak nożem uciął schroniskiem. Była 17.40. Pod
schroniskiem dużo ludzi. Okazało się że jesteśmy jedyną ekipą która
"uczciwie" weszła do góry. Wszyscy korzystali z wyciągu który wwoził
ceprów na 3000 m.n.p.m. skąd szło się prosto granią aż do 3100 m.n.p.m. i
zostawał już tylko końcowy stok oraz graniówka. Natomiast amerykanie
wlatywali sobie pod schronisko wynajętymi helikopterami. I już.
A nam pozostały 3 godziny do zmroku. Wejście zajęło nam 8 godzin.
Musieliśmy zejść w ciągu 3. Pognaliśmy na dół. Pilnowałem żeby schodzić
miarowym, równym tempem bez konieczności robienia dużych odpoczynków, na
które nie było czasu. Trzeba było również uważać żeby nie przeciążyć
kolan i stawów - przecież to dopiero początek naszej wyprawy. Równo o
21.oo weszliśmy do obozu gdzie oczekiwał na nas bardzo zdenerwowany
Zbigniew.
W obozie nastąpiło wielkie mycie i gotowanie. Morale
ekipy znacznie się poprawiło - nic dziwnego - 2000 m. do góry i na dół w
ciągu jednego dnia i jeszcze zdążyliśmy przed zmrokiem.
Następnego dnia zrobiliśmy sobie wolne. No, niezupełnie. Pranie,
suszenie, i przygotowywania do wyjścia na tydzień i założenia bazy na
3500 m.n.p.m.
Teraz czekało nas duże
wyjście. Z zapasami jedzenia i paliwa na 6 dni, sprzętem alpinistycznym,
namiotami i wszystkim co potrzebne musieliśmy wejść na wysokość 3500
m.n.p.m. i zrobić tam bazę. Wstaliśmy o 6.00 rano. Dwie godziny później
udało się wyjść. Trasa biegła przez alpejskie hale, dalej skalne
rumowiska - bardzo podobne do tatrzańskich, choćby tych pod Rysami - do
schroniska Mantova położonego u stóp lodowca Lyss. O 16.00 udało nam się
dotrzeć do miejsca noclegu. Postanowiłem spać na skalnej grzędzie gdzie
z jednej strony mieliśmy około 20 metrów do pola śnieżnego a z drugiej
strony kilkusetmetrową przepaść i widok na lodowiec Indren z pięknie
widocznymi szczelinami. Roboty było co niemiara z przekładaniem dużych
kamieni i szukaniem płaskiego miejsca pod namiot. Postawienie obozu na
płycie skalnej oznacza że nie można używać śledzi i wszelkie punkty
odciągowe namiotu należy umocować do kamieni. Dodatkowo trzeba wyzbierać
wszystkie ostre kamienie i uważać żeby nie zrobić dziury w podłodze
namiotu. My podłożyliśmy pod podłogi namiotów folie NRC i płachty
biwakowe. Po takiej katorżniczej pracy przed zachodem słońca "padliśmy
jak kawki". Wysokość zwaliła z nóg najpierw Zbycha który przecież nie
był z nami na Quintino Sella. Bardzo bolała go głowa i Paszczak
praktycznie sam musiał postawić namiot. Następnie wszyscy padli pokotem z
opóźnieniem kilku godzin. Po niewielkim posiłku poszliśmy spać.
Następnego dnia czuliśmy się wciąż podle. Zawodził błędnik i apetyt.
Mimo wszystko zrobiliśmy sobie mały spacerek na Rifugio Gnifetti -
schronisko położone powyżej naszej bazy na wysokości 3700 m.n.p.m. Ja
zrobiłem mały rekonesans na lodowiec. Szczeliny w tym roku były naprawdę
duże. Zaskakująco dużo było też śniegu. Informacja że to był rekordowy
rok jeżeli chodzi o opad śniegu okazała się prawdziwa.
Mimo
tego że nie czuliśmy się najlepiej następnego powinniśmy wyjść w góry.
Powody były dwa. Po pierwsze najlepszym lekarstwem na chorobę
wysokościową jest wejść wyżej, po wtóre mieliśmy ograniczoną ilość
jedzenia i siedzenie w bazie oznaczało marnowanie zapasów.
Wstaliśmy niestety późno. Dość nieudolnie szło również pakowanie się i
robienie śniadania. Na plateau lodowca na 3700 m.n.p.m. związaliśmy się
linami i w dwa zespoły poszliśmy do góry. Była niestety już 10.00.
Słońce paliło niemiłosiernie. Odczuwaliśmy jeszcze wpływ wysokości.
Rozpoczęliśmy wspinaczkę na Piramide Vincent 4215 m.n.p.m. Śnieg był już
rozgrzany przez słońce i szło się po nim trochę jak po morskim piasku.
Po dużym odpoczynku na siodle między wierzchołkiem Piramidy a schronem
na Giordano Balmenhorn zaczęliśmy podejście na szczyt, który jak się
okazało na górze był płaskim nawianym śniegiem plateau. Była 12.00.
Podczas odpoczynku na szycie zauważyłem że nie wszyscy czują się dobrze,
część ma kłopoty z oddychaniem, inni z równowagą. Rozpoczęliśmy
ostrożne zejście. Śnieg był już bardzo mokry a szczeliny ziały
przepaściami jeszcze bardziej niż rano. W słońcu na lodowcu było ponad +
50 C! Po 14.00 zmęczeni ale zadowoleni doszliśmy do obozu. Poszliśmy
spać. Po południu podczas gotowania posiłków okazało się że Pinki oraz
Śledź poważnie poparzyli sobie twarze. Pink wyglądał okropnie. Cała
twarz czerwona, pokryta pęcherzami z których sączyła się limfa. Mimo
kremów z filtrami od 12 do 18 i ciągłego smarowania się na każdym
postoju, na skutek ciągłego pocenia się i zmywania kremu efekt był
mizerny. Zbychu przez nieuwagę zostawił sobie odkryte ucho które
strasznie mu spuchło od słońca a Kacper który miał kiepskie okulary
skarżył się na ból oczu. Grzegorz w ogóle się poczuł gorzej i oznajmił
że następnego dnia z nami nigdzie nie pójdzie. Wiedziałem że stan ekipy
nie będzie się poprawiał a dalsze przebywanie na tej wysokości dla
niektórych może oznaczać bardzo poważne konsekwencje.
Postanowiłem że jak najszybciej trzeba zrobić co jest do zrobienia i
zmykać na dół.
Wstaliśmy przed
6.00 rano, było jeszcze ciemno i pięknie było już widać gwiazdozbiór
Oriona, który u nas wyjdzie zza horyzontu na dobre dopiero późną
jesienią. Pogoda idealna - niebo bez chmurki i żadnego wiatru. Za to
bardzo zimno. Kilka stopni poniżej zera. Założyliśmy raki już pod obozem
i pognaliśmy do góry. Wszyscy czuli się znacznie lepiej niż wcześniej.
Szczeliny były coraz większe. Podczas codziennych upałów śnieg parował w
zastraszającym tempie odsłaniając szczeliny w miejscach po których
jeszcze kilka dni wcześniej chodziliśmy jak po pewnym gruncie, natomiast
już istniejące dziury zamieniły się w przepaście. Żeby iść wyżej trzeba
było lawirować między szczelinami i często na długości liny znajdowały
się pod nami dwie, a nawet trzy szczeliny. Trudno było znaleźć choć
kawałek bezpiecznego miejsca żeby zrobić odpoczynek. Pięliśmy się coraz
wyżej i wyżej. Po zmrożonym śniegu szło się doskonale a słońce świeciło
jeszcze mizernie. Nie powiedziałem chłopakom dokąd dzisiaj idziemy.
Trzymałem tempo bo zależało mi żeby jak najszybciej minąć misę lodowca
zanim słońce zacznie na niej operować. Po minięciu kolejnego wzniesienia
z lewej strony ujrzeliśmy w całej krasie Matterhorn który Włosi
nazywają Monte Cervino. Dalej, za następnym wzgórzem, odsłoniło się
przed nami rozległe obnirzenie terenu za którym w dali zaczynało się
pasmo potężnych szczytów. Za prawej strony było widać Rifugio Margerita -
najwyżej położone schronisko w alpach, a zlewej... Zumstein 4563
m.n.p.m i za nim Dufor 4634 najwyższy szczyt w masywie Monte Rosa. Celem
naszej wspinaczki był Zumstein - o czym wiedziałem tylko ja bo chciałem
zrobić chłopakom niespodziankę na szczycie. Wejście na niego wiedzie
dosyć stromym, stokiem śnieżnym ze strony włoskiej i bardzo eksponowaną
2000 metrową przepaścią, która znajduje się w Szwajcarii bo szczyt
stanowi granicę włosko-szwajcarską. Przed samym wierzchołkiem grań
śnieżna zamienia się w skalną i robi się jeszcze bardziej stromo. Sam
wierzchołek jest niewielki. Na pierwszej linie weszliśmy ja, Pinki i
Wiktor. Na drugiej linie kwadrans po nas weszli Śledziu, Paszczak, Zybi i
Kacper. Wszyscy byli bardzo zaskoczeni że jesteśmy na wysokości ponad
4500 m. Rozpoczęliśmy schodzenie. Na siodle pod szczytem zrobiliśmy
odpoczynek i czekaliśmy na drugi zespół. Trochę to trwało bo "drugą
linę" sparaliżowała przepaść tak że schodzili bardzo wolno i ostrożnie.
Początkowo chciałem jeszcze podejść do schroniska Margerita, ale
oczekiwanie na resztę ekipy w palącym słońcu bez śladu cienia skutecznie
wybiło mi to z głowy. Pink szedł cały czas w kurtce z kapturem nie
wierząc już żadnym kremom słonecznym, a Śledziu miał chustkę na twarzy
żeby osłonić poparzony nos i policzki.
Schodzenie zaczęliśmy dobrze po 12.00. W dole widać było chmury. Mimo
ogromnego gorąca nie zdejmowaliśmy wierzchnich ubrań w obawie przed
poparzeniami. Śnieg nie był już zmrożony jak o świcie. Teraz była to
kasza śnieżna, wilgotna, topniejąca i klejąca się do podeszew. W dolnej
części lodowca mieliśmy ogromne kłopoty ze znalezieniem drogi do obozu.
Szczelin było tyle że nie sposób było znaleźć bezpieczne zejście.
Znajdowały się one nawet wzdłuż (!) naszej drogi. Było to bardzo
stresujące. Po zejściu do obozu w końcu odetchnęliśmy z ulgą.
Ludzie
byli zmęczeni. Część była poparzona, inni mieli kłopoty z aklimatyzacją
i przemianą materii oraz nadwyrężone ścięgna i stawy. Chodzenie po
lodowcu przestało być bezpieczne. Nawet tutejsi wspinacze odpuścili.
Zmniejszyła się nawet ilość turystów podchodząca do schroniska Gnifetti.
Zdecydowałem o zejściu. Następnego dnia rano po śniadaniu i
podsuszeniu namiotów, zapakowawszy dobytek, udaliśmy się na dół. Podczas
zejścia razem ze Zbychem, Paszczakiem i Grzesiem wybraliśmy inną drogę,
wiodącą koło szczytu Alta Luce, nieopodal którego było kiedyś
schronisko. Roztacza się stamtąd przepiękny widok na lodowce Monte Rosy.
Znajduje się też tam dzwon założony przez Towarzystwo Przewodników
Górskich w 1971 r. Mimo upału zaczęło padać. Zdążyliśmy jednak zejść do
Gressoney i rozbić obóz.
Dopiero teraz rozpoczęło się
czyszczenie sprzętu, rekonwalescencja i gruntowne mycie.
Postanowiliśmy zjechać nad Lazurowe Wybrzeże - bo po pobycie na lodowcu
wypad nad morze Śródziemne, zobaczenie palm i opuncji byłoby fajnym
akcentem. Po 5 godzinach jazdy i dojechaniu do Genui. Stamtąd udaliśmy
się wzdłuż wybrzeża do miasteczka Arenzano. Znajduje się tam piękny
pałac wraz z rozległym ogrodem gdzie w sadzawkach pływają zarówno
kaczki, gęsi jak i żółwie oraz Kolegiata. Z miasteczkiem był też
związany konkwistador Bolivar, którego pomnik znajduje się nad samym
morzem.
Kąpiel (woda 26 C) zrobiła dobrze szczególnie
poparzonym. Wiedziałem z doświadczenia że bardzo słona woda z
makroelementami doskonale regeneruje skórę. Następnego dnia Pink,
Śledziu oraz Wiktor i Zbigniew a właściwie jego ucho wyglądali znacznie
lepiej bo skóra zaczęła się łuszczyć i odpadać. Zmniejszył się też
obrzęk. Po skokach do wody, łowieniu rozgwiazd i martwych jeżowców,
obserwowaniu gry w Boce i zgłębianiu tajników oraz asortymentu tutejszej
kuchni, po południu udaliśmy się w drogę powrotną do Polski. Nocleg
wypadł nam już w Niemczech a dzień później po powrocie do Wrocławia,
nocnym pociągiem wróciliśmy do Gdyni.

Wyprawy 
