Wyprawy - Górskie wyzwania
Military Expedition Elbrus 2007
Krzysztof Giziński 2007-08-20
÷Europa, Rosja, Kaukaz
W
dniach 23 czerwca a 5 lipca 2007 roku odbyła się już kolejna z
wojskowych wypraw wysokogórskich pod kryptonimem "Military Expedition
Elbrus 2007". Wyprawę organizował zespół składający się z 3 osób,
entuzjastów wspinaczki i turystyki wysokogórskiej. Do zespołu należeli:
ppor. Krzysztof Giziński - kierownik i organizator wyprawy, ppor.
Damian Matkowski oraz chorąży Jacek Ludwiszewski - członkowie wyprawy.
Wyprawa stanowiła element szerszego projektu, mającego na celu
popularyzację trekkingu i turystyki wysokogórskiej w środowisku
wojskowym. Ponadto jest elementem przygotowania się do poważniejszej
wyprawy w Himalaje, której jesteśmy członkami.
Głównym celem wyprawy
było zdobycie najwyższej góry Rosji i spornego szczytu Europy Elbrusa
położonego na wysokości 5642m n.p.m.

Opis wyprawy
Przygotowania do wyprawy
rozpoczęliśmy w styczniu 2007 roku od podjęcia decyzji o wyjeździe. Na
szczegółowe ustalenia przyszła pora później. Każdy indywidualnie się
przygotowywał i zbierał informacje o celu naszej wyprawy. Przygotowania
nabrały tempa w maju, gdy wspólnie ustaliliśmy przybliżony termin
naszego wyjazdu. Po wielu perturbacjach odnośnie terminu wyjazdu i
innych sprawach służbowych nastał dzień wyjazdu. Wcześniej musiałem
jeszcze zorganizować bilety kolejowe na podróż ze Lwowa do Mineralnych
Wód na Kaukazie, poprzez zaprzyjaźnionego Ukraińca, gdyż na wschodzie
ciężko jest kupić bilety tuz przed wyjazdem na popularnym kierunku. Tak
więc mieliśmy kupione bilety tydzień przed podróżą. Inną sprawę
stanowiła konieczność załatwienia wizy rosyjskiej, ale z tą sprawą
poradził sobie Jacek.
W końcu 23 czerwca mogliśmy odetchnąć z ulgą i
wsiąść do pociągu we Wrocławiu i wyruszyć na podbój najwyższego
wygasłego wulkanu w Europie. A czekała nas nie lada podróż blisko 80
godzin zanim dotrzemy do podnóża naszej góry...
Dojazd
Podróż rozpoczęła się we Wrocławiu skąd wyjechałem z Damianem, oraz z
Warszawy skąd wyruszył Jacek. Punkt kontaktowy był w Krakowie, tam
czekał na nas autobus do Lwowa. Jakie było nasze zdumienie, gdy
zobaczyliśmy nasz środek transportu. Stary gruchot na ukraińskich
blachach, a wokół niego mnóstwo tłoczących się Ukraińców. Zaczęła się
"walka" najpierw oto ażeby zapakować nasze plecaki (ważące blisko po
30kg) do luków bagażowych a następnie oto ażeby wsiąść do autobusu. Na
szczęście zarezerwowałem kilka dni wcześniej przez Internet bilety do
Lwowa, więc mogliśmy spokojnie zająć nasze miejscówki. Droga do Lwowa
miała trwać kilkanaście godzin. My musieliśmy być we Lwowie najpóźniej o
godzinie 9.30, gdyż chwilę później odjeżdżał nasz pociąg do Mineralnych
Wód. Nie mogliśmy się na niego spóźnić, gdyż stracilibyśmy bilety, a
także czas. Bo nasz jedyny pociąg kursował tylko w dni parzyste, czyli
co drugi dzień!
Autobus ledwo jechał, miał straszne problemy z
podjazdami pod górki z powodu przeładowania i wypchania do granic
możliwości. Ale to był dopiero początek przygód. Gdy dojechaliśmy do
granicy była godzina 1 w nocy (po uwzględnieniu czasu ukraińskiego +1h) a
kolejka do granicy ciągnęła się na kilka kilometrów. Po odstaniu 3
godzin coś ruszyło, ale do odprawy mieliśmy jeszcze kilka metrów i 4
autobusy przed nami. Byliśmy spokojni bo była dopiero 4 rano, wiec do
odjazdu pociągu było sporo czasu. Jednakże widząc nasza odprawę i
szybkość naszych celników zaczęliśmy się martwić czy oby na pewno
zdążymy do Lwowa na nasz pociąg. Celnicy szczegółowo sprawdzali
wszystkich Ukraińców. Dobra rada na przyszłość to taka ażeby podróżować
pociągiem, albo autobusem na polskich lub europejskich rejestracjach.
Po polskiej odprawie, czekała nas jeszcze ukraińska, a była już godzina
7 rano. Zaczęliśmy się poważnie martwic czy w ogóle zdążymy dojechać do
Lwowa. Postanowiliśmy, że opuścimy nasz autobus i przesiądziemy się do
jakiegoś autka. Pożegnaliśmy naszego kierowcę i zabraliśmy się za
organizowanie jakiegoś środka transportu. Dzięki życzliwości właściciela
dużego passata kombi mogliśmy się załadować w trójkę i ruszyć do Lwowa.
Jeszcze tylko załatwienie "formalności" z ukraińskim pogranicznikiem i
droga na Lwowa stała otworem.
Po szybkiej
jeździe dojeżdżamy do Lwowa, gdzie czekają na nas rodzice naszego
przyjaciela Yegora z biletami na dalsza podróż. Po przywitaniu się i
podziękowaniu za załatwienie biletów wsiadamy do naszego pociągu, w
którym przyjdzie nam spędzić kolejne 48 godzin podróży i przebyć dystans
ok. 3000km.
Mamy bilety na tzw. klasę "KUPE", czyli kuszetki w
przedziale 4 osobowym. Istnieje jeszcze klasa "Plackartniej" to także
miejscówki do leżenia ale w większej zbiorowości bez przedziałów -
osobiście nie polecamy.
Podróż upłynęła nam na analizowaniu
informacji o szczycie i ustalaniu taktyki na trekking. Ponadto
podziwialiśmy skromne widoki z okna pociągu, a także poznawaliśmy
odmienną kulturę ukraińską i rosyjską na podstawie przewijających się
ludzi w pociągu.
Do Mineralnych Wód dotarliśmy około 4 rano 26
czerwca po blisko 48 godzinach jazdy. Naszym oczom ukazał się okazały i
nowoczesny dworzec kolejowy z milicjantami pilnującymi porządku w
środku. Po wejściu do dworca od razu zostaliśmy poddani kontroli
paszportowej i musieliśmy się wyspowiadać z celu podróży. Jednakże
milicjanci okazali się całkiem mili, udzielili nam niezbędnych
informacji i pokierowali w dalszą podróż, choć nie omieszkali zażądać za
swoją pomoc 100$ - na nasze szczęście humor ich nie opuszczał...
Stąd udaliśmy się rosyjską Elektriczką do NALCHIKA gdzie mieliśmy do
załatwienia masę formalności. Pierwszą czynności jaką trzeba zrobić po
przybyciu do Rosji to kupić bilety powrotne, gdyż można się nieźle
zdziwić chcąc kupić je w dniu wyjazdu. Po blisko godzinnych rozmowach z
niemiła Panią w informacji i w kasie biletowej dostaliśmy swoje bilety
na powrót za blisko 2500 rubli od głowy. Teraz mogliśmy się zabrać za
załatwienie meldunku. W Rosji obowiązuje nakaz meldowania się jeżeli w
danym miejscu przebywa się dłużej niż 3 dni, ponadto bez meldunku wyjazd
z Rosji jest niemożliwy... W załatwieniu tych formalności pomógł nam
Misza taksówkarz w starej ładzie kombi. Dzięki niemu zaoszczędziliśmy
sporo czasu w urzędzie OWIR, gdzie skutecznie przekonał Panią ażeby
przesunęła swoją przerwę na kawę...;) Po przeskoczeniu tej sprawy
pozostało nam już tylko załatwić pozwolenie na poruszanie się w strefie
przygranicznej u Pograniczników. Ale w Rosji w każdym urzędzie niestety
trzeba odczekać swoje godziny. Nam zajęło to około 2,5 godziny łącznie
ze stworzeniem listy w języku rosyjskim z naszymi danymi... w rezultacie
otrzymaliśmy przepustkę z masą pieczątek co czyniło ją bardzo ważną...
skąd ja to znam ;)
Działaność górska
Teraz mogliśmy już ruszyć w kierunku naszej góry.
Do doliny Baksan, która prowadzi do podnóża Elbrusa, mieliśmy jakieś
150km. Dzięki Miszy droga zajęła nam zaledwie 2 godziny. Po drodze
obserwowaliśmy miasteczka górskie, których rozkwit już dawno minął.
Zagłosiliśmy jeszcze tylko nasze wyjście w góry miejscowym służbą
ratowniczym. Po dojechaniu do miejscowości Azzau, gdzie znajduje się
dolna stacja kolei linowej. Tu pożegnaliśmy się z Misza i umówiliśmy
transport powrotny. Była godzina 21, więc postanowiliśmy dotrzeć do
schroniska górskiego na wysokości około 2500m npm gdzie zamierzaliśmy
przenocować. Po godzinnym marszu pod stromy stok dotarliśmy do
schroniska. Niestety w schronisku nie było wolnych miejsc. Pozostał nam
jedynie nasz namiot. Rozbiliśmy więc i poszliśmy spać. Pobudkę ustaliśmy
na godz. 7.00. Gdy otworzyliśmy nasz namiot i wyjrzeliśmy na zewnątrz
naszym oczom ukazał się piękny widok na dolinę Baksan i otaczające nas
góry. Nasza kolej ruszała o 8.00 więc po szybkim spakowaniu i zwinięciu
obozowiska pośpieszyliśmy na dół do kolejki. Kolejka linowa składa się z
dwóch odcinków: pierwszym wyjeżdża się na wysokość 2900m a drugim na
wysokość 3470m do dawnej stacji mir. droga od dołu szlakiem prowadzi
przez eksponowany teren z luźnym podłożem skalnym. Ze względu na brak
czasu, zdecydowaliśmy się nie wchodzić pieszo, tylko skorzystać z
kolejki linowej. Pomimo miesiąca czerwca panowały tam dobre warunki
narciarskie, co było widać po dużej liczbie miłośników białego
szaleństwa. Po przebraniu się w troszkę cieplejsze ciuchy ruszyliśmy w
kierunku schroniska "Beczki", gdzie rozbiliśmy namiot i prowadziliśmy
aklimatyzację naszych organizmów.
Pogoda dopisywała nam, świeciło
piękne słońce i było bardzo ciepło. Tu postanowiliśmy spędzić jedną noc i
nazajutrz wyruszyć wyżej. Byliśmy na wysokości około 3800m npm. Nasze
organizmy czuły się dobrze, wiec humory i samopoczucie nam dopisywało.
Zrobiliśmy kilka fotek i korzystaliśmy ze słonecznej pogody. Zapadła
decyzja, że wyruszamy na rekonesans i aklimatyzację do schroniska Prut
11, które położone jest na wysokości 4157 m npm.
Zabraliśmy część
prowiantu i sprzętu, tak aby nie iść na pusto i ażeby w dniu następnym
mieć mniej do noszenia. Droga do Prjuta zajęła nam około 2 godzin
spokojnego marszu i pokonaliśmy około 400m przewyższenia. Po dotarciu do
Prjuta zarezerwowaliśmy noclegi w schronisku, zostawiliśmy nasz
depozyt. Ponadto rozejrzeliśmy się po okolicy i troszkę odpoczęliśmy
łapiąc wysokość w ruinach spalonego schroniska Prjut 1. Trzeba dodać, że
schroniska są dobrze wyposażone zarówno w łóżka, jak i w kuchenki
gazowe bez limitu gazu, ponadto jest w ciepło. Wodę można czerpać ze
strumyka lodowcowego, który płynie tuż obok schroniska.
Po spędzeniu 2 godzin w ruinach Prjuta 1 zaczęliśmy dostrzegać początki
reakcji organizmu na wysokość. Każdy z nas był lekko ospały i zmęczony,
a oddech mieliśmy ciężki i płytki. Było popołudnie, kiedy wróciliśmy do
naszego namiotu. Byliśmy zmęczeni. Jak na pierwszy dzień w górach
pokonaliśmy sporą wysokość. Po noclegu na wysokości 2500m dotarliśmy na
3800m, a następnie prawie na 4200m. Jak na jeden dzień to bardzo dużo.
Jednakże nie chcieliśmy tracić dobrej pogody, którą mieliśmy. Bo z
informacji uzyskanych od służby górskiej dowiedzieliśmy się, że pogoda
na Elbrusie jest bardzo zmienna i potrafi się szybko popsuć. Ponadto
rzadkością jest dobra pogoda utrzymując się przez kilka kolejnych dni.
Dzień 2
Pobudka o 7. rano
na wysokości 3800m . noc dobrze spędzona i przede wszystkich przespana.
Jednakże choroba wysokościowa zaczynała nam się wdawać powoli we znaki.
Ja na przykład odczuwałem bóle głowy i zmęczenie. Plan na ten dzień
mieliśmy następujący: po zwinięciu obozowiska i przygotowaniu depozytu
wyruszamy do Prjuta 11 i tam się dalej aklimatyzujemy. Depozyt
zakopujemy w tajnym miejscu, gdyż w schronisku powyżej nam się nie
przyda...
Podziwiamy widoki i piękne panoramy górskie. Nawiązujemy
nowe znajomości. Wymieniamy informację z innymi alpinistami m.in. z
Czech i Włoch...
W drogę do schroniska wyruszamy około 9 razem z
Włochami i po dwóch godzinach dochodzimy do Prjuta 11. tam na szczęście
czekała na nas rezerwacja w schronisku. Tu rozpakowaliśmy się i
poszliśmy spać. Dzień w Prjucie minął nam na jedzeniu i piciu dużych
ilości płynów. Dzienne zapotrzebowanie na dużych wysokościach waha się w
granicach 5-6 litrów płynów. Trzeba się zmuszać do picia, gdyż wysokość
i niskie ciśnienie powoduje, że organizm nie czuje potrzeby picia. Nie
uzupełnianie płynów prowadzi do odwodnienia, co z kolei utrudnia
aklimatyzacje. Popołudniu mieliśmy zaplanowaną wycieczkę
aklimatyzacyjną. Chcieliśmy zrobić wyższą wysokość, aby pobudzić dalej
organizm do aklimatyzacji, a następnie spędzić noc na niższej wysokości
co z kolei pozwoli organizmowi odpocząć i się lepiej zregenerować. Wg
zasady chodzić wysoko i spać nisko. Tak więc w godzinach popołudniowych
wyszliśmy w kierunku skał Pastuchowa (4900m npm). Z powodu pogarszającej
się pogody i niskich chmur dotarliśmy jedynie na wysokość około 4650m.
tu postanowiliśmy odpocząć i ruszyć w drogę powrotną.
Po powrocie do schroniska omówiliśmy strategię dalszego pobytu oraz
ataku szczytowego. W związku z dobrym samopoczuciem postanowiliśmy, że
następnego ranka, tj. piątek 29 czerwca w 3 dzień pobytu w górach,
dokonamy próby ataku szczytu. Określiliśmy punkt zwrotny ataku (skały
Pastuchowa 4900m npm), tzn. robimy atak szczytowy, wychodzimy w nocy,
idziemy do skał Pastuchowa, jeśli się tam dobrze będziemy czuć to
podejmujemy próbę zdobycia szczytu. Jeśli nie, to zawracamy do
schroniska Prjut 11 i dalej się aklimatyzujemy. Nasza strategia
podyktowana była tym, że miała prawdopodobnie popsuć się pogoda, bo 3
dni pięknej pogody to dużo jak na Elbrusa.
Dzień 3
O 2.30 nastąpiła pobudka. Wszyscy czuliśmy podniecenie i wielką żądze
zdobycia szczytu. W końcu tego dnia mieliśmy stanąć na wysokości ponad
5600m. noc spędziliśmy dobrze, choć z małymi bólami głowy... po wstaniu
pierwsze co to od razu wyjrzałem na zewnątrz i sprawdziłem pogodę" niebo
było bezchmurne, wiał delikatny wiaterek, temperatura była lekko
ujemna. Idealne warunki, pogoda nam sprzyjała. Po szybkim ubraniu się i
zjedzeniu śniadania wyruszyliśmy wolnym tempem ku szczytowi. O godzinie
4.00 byliśmy jedyną ekipą na trasie. Dopiero w późniejszych godzinach z
góry było można dojrzeć kolejne ekipy idące na szczyt. Po niecałych 2
godzinach dotarliśmy do skał Pastuchowa na wysokości 4900m npm.
Podejście nie było trudne technicznie, lecz dość długie. Tu
stwierdziliśmy, że czujemy się dobrze, nasze organizmy nie mają
poważnych objawów choroby wysokościowej, i w ogóle jest ładna pogoda.
Padła decyzja "Atakujemy"....:) więc ruszyliśmy w dalsza drogę. Do
szczytu mieliśmy jakieś 700 m przewyższenia wysokości, lecz aż około 8
godzin ciężkiego marszu!!! Kąt nachylenia stoku zaczął się zwiększać w
miarę wchodzenia na duża wysokość i wahał się w granicach 45-60 stopniu.
Bardzo długie i strome podejście, nie mogliśmy iść bezpośrednio do
celu, lecz trzeba było kluczyć w poprzek stoku. To kosztowało nas bardzo
dużo wysiłku. Wysiłek rekompensowały nam przepiękne widoki, które
zapierały nam dech w piersi.
Kolejne metry pokonywane z wielkim
wysiłkiem, z ciężkim oddechem, i przy coraz mocniejszym słońcu dały się
we znaki. Zdobywana wysokość nie przychodziła nam już tak łatwo. Powoli
zaczęliśmy czuć wysokość, w końcu przełamaliśmy wysokość 5000m npm. Po
kolejnych godzinach marszu szło nam się coraz ciężej. Ja zacząłem
odczuwać mocne bóle głowy, nagłe osłabienie organizmu, brak mocy-jednym
słowem chorobę wysokościową. W takich warunkach doszliśmy na wysokość
5310m do ostatnich skałek przed tzw. Siodłem pomiędzy dwoma szczytami.
Na tej wysokości objawy choroby wysokościowej się nasiliły. Wyszedł zbyt
krótki okres aklimatyzacji. Postanowiliśmy nie ryzykować dalej i
odpuścić wejście tego dnia na szczyt. Po przerwie zaczęliśmy schodzić
jak najszybciej w dół, tak aby dać organizmowi możliwość odpoczęcia.
Przy chorobie wysokościowej bardzo ważne jest to, aby jak najszybciej
przetransportować chorego na niższą wysokość. Dalsze przebywanie na
dużej wysokości może doprowadzić do obrzęku płuc, mózgu a nawet śmierci,
nie mówiąc już o tym, że można strącić przytomność i spaść ze stoku w
przepaść albo jakąś szczelinę.
Droga na
dół zajęła nam około 2 godzin, dlatego że mieliśmy ze sobą tzw.
"jabłuszka" do zjeżdżania, które bardzo nam pomogły. Przydatne byłyby
narty, na których można by zjechać bardzo szybko w dół.
Po dotarciu
do schroniska Prjut 11 byliśmy bardzo zmęczeni i wyczerpani. Jedyna
rzeczą o jakiej myśleliśmy to to, aby się położyć i odpocząć. Byliśmy
troszkę zawiedzeni tym, że nie udało nam się dotrzeć na szczyt.
Pokonała nas choroba, góra i piekielnie grzejące słońce. Ale wciąż
byliśmy dobrej nadziei, bo w końcu mieliśmy jeszcze kilka dni.
Postanowiliśmy dać naszym organizmom odpocząć 36 godzin i zaatakować
ponownie w niedzielę nad ranem. Byliśmy dobrej nadziei. Piątkowy wieczór
minął nam na odpoczywaniu, rozmowach i analizowaniu nie udanej próby
ataku.
Dzień 4
Sobotni poranek zastał nas mgłą i opadami śniegu. Pogoda była do bani.
Uniemożliwiała bezpieczne wyjście w góry, co utrudniało nam regeneracje
organizmu po wczorajszym ataku. Z wielką nie cierpliwością oczekiwaliśmy
informacji pogodowych na najbliższe i ostatnie 3 dni. Około godziny 15
lokalnego czasu otrzymałem od mojej narzeczonej szczegółową pogodę na
niedziele, poniedziałek i wtorek. Ku naszemu niezadowoleniu okazała się
ona bardzo niekorzystna i oznaczała jedno: "koniec imprezy czas się
zwijać do domu." W najbliższych dniach miały przeważać opady śniegu i
duże zachmurzenie, a dodatkowo miał wiać silny, porywisty wiatr. Przy
tak ciężkich warunkach niemożliwe jest bezpieczne zdobycie szczytu i
powrót z niego. Brak widoczności może spowodować zabłądzenie, zejście ze
szlaku i wejście w teren szczelin lodowych- tak giną tam ludzie!!! Tak
wiec zapadła jedyna słuszna decyzja: pakujemy się i wracamy do Polski.
Dzień 5
Rozpoczął się
pobudką o 7 rano. Po zjedzeniu śniadania zaczęliśmy się pakować. W
odwiedziny do schroniska zawitali jeszcze nasi znajomi z Włoch.
Wymieniliśmy się adresami i pożegnaliśmy. Czas ruszać było w drogę.
Pogoda na zewnątrz w pełni utwierdzała nas o otrzymanej prognozie i
podjętej decyzji o powrocie. W drodze na dół zrobiliśmy jeszcze tylko
kilka pamiątkowych fotek. Żal było wycofywać się i odpuszczać zdobycie
góry. Niestety musieliśmy uznać wyższość natury.
Tego samego dnia
dotarliśmy do Piatigorska, gdzie znaleźliśmy hotel i przebookowaliśmy
nasze bilety do Lwowa. Wieczór poświęciliśmy na odpoczynku i zwiedzaniu
rosyjskiego miasteczka pełnego przepięknych dziewczyn...? Następnego
dnia w samo południe wyruszyliśmy w drogę do Polski...


Wyprawy 
